Izabella Frączyk urodziła się 4 lipca 1970 roku w Krakowie. Mężatka, matka dwójki dzieci.
Absolwentka Akademii Ekonomicznej w Krakowie oraz Wyższej Szkoły Handlu i Finansów Międzynarodowych w Warszawie. Przez lata poświęcone pracy zawodowej zajmowała się zarządzaniem i organizacją działów sprzedaży w krajowych i międzynarodowych korporacjach, by finalnie zostać samodzielnym doradcą w zakresie tworzenia i wdrażania systemów naprawczych dla małych i średnich firm.
Pisarstwem zajmuje się od 2009 roku. Jej lekkie, a zarazem ostre i zabawne pióro stało się rozpoznawalnym znakiem firmowym i zyskało rzeszę wiernych czytelników.
Autorka sama o sobie:
Jak wieść rodzinna niesie, już w kołysce z zapamiętaniem deklamowałam "dorosłe" wierszydła, co wcale nie przełożyło się na moją późniejszą miłość do pisana czegokolwiek, a jedynie wyćwiczyło mą nadzwyczaj pojemną pamięć.
Od zawsze nienawidziłam pisać. O czymkolwiek. Nudne wypracowania i analiza niezrozumiałych wierszy były polonistyczną porażką. Wcale nie dlatego, że nie umiałam. Po prostu tego nie znosiłam i, rzecz jasna, mi się nie chciało tak jak każdemu normalnemu uczniowi. Nic to, matura przeszła popisowo, bo temat dowolny cokolwiek mnie zajął.
Kolejny etap-studia. Moją pasją były mechanika samochodowa i medycyna, ale Politechnika niestety odpadła w przebiegach, bo w rodzinie natychmiast podniósł się raban, że baba w warsztacie samochodowym "to nie przystoi", a medycyna okazała się niewypałem ze względu na prosektorium i chemię, której mimo sprawnego umysłu, do dziś nie jestem w stanie pojąć. Sięgnęłam zatem do marzeń z listy rezerwowej i zdecydowałam się na weterynarię, ale ten pomysł również upadł w chwili, gdy mnie ktoś przypadkiem zapytał, czy uśpię kotka. A w życiu nie uśpię kotka!
Nie pozostało mi zatem nic innego jak grzecznie udać się z podaniem do Akademii Ekonomicznej i tam wstąpić w poczet krakowskich żaków. Ta uczelnia była idealna. Położona najbliżej, nie krojono tam zwłok, nie kazano pisać elaboratów i nie uczyli tam chemii :)
Z dzisiejszej perspektywy studia jawią mi się jako pasmo miłych przeżyć, niestety w pewnym momencie zmąconych koniecznością napisania pracy magisterskiej i to, o zgrozo, dość długiej.
Ową wiekopomną pracę rodziłam w bólach przez pół roku, wstawiając do ubogiego tekstu możliwie największe diagramy z jak największymi słupkami i przy okazji zgłębiając tajniki archaicznego edytora tekstu o nazwie MiniTag. Ku memu zdziwieniu i radości owe czarodziejskie zabiegi dokonały prawdziwych cudów przy szacowaniu objętości mojej magisterskiej publikacji, którą przy dużej dozie łaskawości można uznać za mało interesującą.
Nie przypuszczałam wtedy, że stanę się kolekcjonerką dyplomów i do życiorysu dorzucę jeszcze kiedyś Wyższą Szkołę Handlu i Finansów Międzynarodowych w Warszawie.
Późniejsze lata upłynęły pod hasłem szeroko pojętego życia rodzinnego i kariery zawodowej.
Nic wspólnego z pisarstwem nie miałam do chwili, gdy poczułam, że w mojej głowie robi się ciasno od nadmiaru zapamiętanych ciekawych zdarzeń i spostrzeżeń. Wtedy przyszedł mi do głowy niedorzeczny pomysł żeby napisać książkę i tym samym zrobić w swojej pamięci nieco wolnego miejsca na nowe obserwacje. Po prostu usiadłam i napisałam między mieszaniem zupy, odwożeniem dzieci do szkoły, klepaniem kotletów i leczeniem zapalenia ucha u psa. Niektórym się to w głowie nie mieści, a jednak...
W taki właśnie spontaniczny sposób powstały Pokręcone losy Klary, Kobiety z odzysku oraz Dylemat, który chwilowo grzecznie czeka w szufladzie na swoją kolej.
Ze swojej strony chciałabym zapewnić wszystkich Czytelników, że akcja jest żwawa, nie ma ani przynudzania, ani opisów przyrody na dwa kilometry i można się pośmiać... bo książka powinna być rozrywką.

