Z rozdziału BÓG. CZY JEST I CZY OBJAWIŁ SIĘ W UTWORACH MORRISSEYA?
Hołownia: Coś czuję, że wątku komunikacji w Kościele tak łatwo sobie nie odpuścimy, ale spróbuję „dobić” wątek popkultury: z tego, co dotąd powiedzieliśmy, wyprowadzam wniosek, że popkultura sama z siebie nie jest w stanie zastąpić religii, lecz może być pomostem pomiędzy profanum a sacrum. Na moście jednak nie da się zbudować domu. Można używać popkultury jako narzędzia, ale nie liczyć na to, że jest w stanie dać człowiekowi treści.
Prokop: Zgadzam się, że popkultura jest przestrzenią poszukiwań. Specjalizuje się raczej w stawianiu pytań niż w serwowaniu niekwestionowanych, ostatecznych odpowiedzi. Tym właśnie różni się od religii, z których każda apriorycznie zakłada, że – cytując klasyka – posiadła „monopol na zbawienie”.
H: Nie czujesz, że to pogłębianie chaosu w ludzkich głowach przez kwestionowanie wszystkiego i uciekanie od odpowiedzi jest po prostu brakiem odpowiedzialności? Popkultura przypomina dziecko – znałem takiego bachorka – które rzuca siedzącym w pokoju gościom petardę i uciekając na bezpieczną odległość, stamtąd przygląda się, jaka będzie ich reakcja.
P: Z punktu widzenia osoby niewierzącej każda religia reprezentuje jakiś wariant prawdy. Ja nie jestem w stanie obiektywnie rozstrzygnąć, czy rację masz ty czy na przykład muzułmanin, który mógłby teraz siedzieć na twoim miejscu. I tak samo postrzegam przekazy popkultury – jako różne warianty widzenia świata. Wybieram te z nich, które gdzieś w środku najsilniej mi rezonują.
H: W takim razie przełóżmy tę teorię na twoje osobiste doświadczenie. Z jednej strony deklarujesz się jako niewierzący agnostyk, z drugiej strony ze wszystkiego, co mówisz, wynika, że jednak jest ci po drodze do Jezusa. Chcesz sobie jednak utrudnić życie – OK, twoja sprawa – i szukasz off -roadowej ścieżki, innej niż dobrze oznakowana i oświetlona autostrada, którą jest dla mnie Kościół. Czy w sferze popkultury widzisz konkretnych twórców, których mógłbyś uznać za rzeczników swojej sprawy, których poszukiwania są jakoś zbieżne z twoimi?
P: Przykładem bliskiego mi artysty, bardzo mocno uwikłanego w profanum, a jednocześnie konsekwentnie poszukującego sacrum, jest Nick Cave. Facet, który zaczynał jako ikona nihilistycznej sceny punkowej, występując na czele zespołu Birthday Party, szokującego w tamtym czasie brutalnością przekazu. Jego credo, o czym mówił w wywiadach, było „atakować, obrażać i ranić”. Prywatnie Cave też nie był świętoszkiem, zaliczył etap poszukiwania dna, kiedy zdarzyło mu się w heroinowym zamroczeniu wypisywać na ścianach swojego domu hasła własną krwią. Jednak każda jego kolejna płyta to fascynujący zapis stopniowego zbliżania się do Boga, oswajania Go oraz interpretowania na własny sposób. To ostatnie jest ważne, bo według Cave’a Jezus jest przede wszystkim wyzwolicielem ludzkiej kreatywności, imaginacji, umysłu. Przyszedł na ten świat, by pokazać go ludziom w zupełnie nowej perspektywie. Dał człowiekowi nadzieję na zerwanie z jego zwyczajnością, przeciętnością, śmiertelnością. Pamiętam wywiad, w którym Cave powiedział – cytuję z pamięci – „W jaki sposób ludzie przygnieceni ciężarem jednoznaczności kościelnej interpretacji słowa Bożego mogą przeżywać jakiekolwiek religijne oświecenie? Jezus został przybity do krzyża gwoździami wykutymi z braku ludzkiej kreatywności”. To spostrzeżenie znakomicie łączy się z wnioskami, jakie wysnuł Paul Ricoeur, który napisał, że ludzie nie zmieniają się poprzez apelowanie do ich poczucia etyki, ale przez wpływanie na ich wyobraźnię.
Gdyby prześledzić kolejne albumy wydawane przez Cave’a, to na początku mieliśmy fascynację przemieszaną z odrazą wobec surowego, mściwego, mrocznego Boga Starego Testamentu. Boga, który doświadcza i opuszcza człowieka, jak w Księdze Hioba. Cave tłumaczył później, że posługiwanie się tymi obrazami było formą ekspresji jego osobistego gniewu, buntu, cierpienia, jakie w tamtym okresie przeżywał. Jedna z kolejnych płyt, Tender Prey, była jeszcze mocniej zanurzona w biblijnej tematyce. Album otwiera piosenka Mercy Seat – narracja więźnia tuż przed egzekucją, który powtarza sobie, że boskie miłosierdzie jest nieograniczone, że ludzie go mogą osądzać, ale on i tak wierzy, że jedynie Bóg zrobi to sprawiedliwie. Przełomowym momentem w szukaniu porozumienia z Bogiem jest u Cave’a konkluzja, że problemem nie jest Stwórca, który opuścił ludzi, lecz ludzie, którzy się od Niego odwrócili. „People just ain’t no good” – śpiewał. Ostatni etap to odrodzenie wiary Cave’a, następujące wraz z odkryciem siły Ewangelii według świętego Marka, na którą często się powołuje. Obsesja na punkcie starotestamentowego Boga ustępuje miejsca inspiracji Jezusem, z naciskiem na ludzki wymiar Jego istoty, wraz z przypisanymi do niej uczuciami izolacji, złości, gniewu, samotności czy zwątpienia. Mówię o tym wszystkim, żeby pokazać, jak żywą, wielowymiarową, inspirującą, bliską emocjonalnie postacią może stać się Jezus, Bóg, przetworzony przez wyobraźnię popkultury. Moje doświadczenie z poszukiwaniem go w Kościele, o czym już wspominałem, prowadziło do całkowicie przeciwnych wniosków.
H: Czy nie ma w tym wszystkim ryzyka, że Bóg wynikający z takiego przetworzenia będzie tylko bożkiem ulepionym zgodnie z bieżącymi indywidualnymi potrzebami? Bierzemy elementy, jakie nam pasują, i robimy z nich fi gurkę, do której potem się modlimy, która realizuje nasze oczekiwania, a sama nie zgłasza żadnych wymagań?
P: Myślę, że na tym właśnie polega proces szukania i defi niowania indywidualnej duchowości. Po wejściu na tę ścieżkę niektórzy zatrzymają się w połowie drogi i uznają, że tu chcą zostać, bo im dobrze i wygodnie, a inni ruszą dalej. Jedni może skręcą w kierunku buddystów, a inni padną w objęcia Jezusa. Z mojego punktu widzenia cenny i dobry jest sam proces szukania, który popkultura może w ludziach inspirować i podsycać. Samo „dawanie do myślenia”. Nawet Madonna tarzająca się pod krzyżem w teledysku do piosenki Like a Virgin dla niektórych mogła być kiczowata, a u innych wywoływała autentyczne poruszenie. Pamiętam nawet wypowiedź pewnego duchownego, który z zachwytem stwierdził, że ta piosenka jest piękną metaforą naszej relacji z Bogiem – wstępując w bramy Jego królestwa, możemy poczuć się jak dziewica dotknięta po raz pierwszy przez kochanka.
H: Powiadam Ci synu, zmień parafię!
P: Jeśli zaprzęganie duchowości w służbę popkultury ma służyć czemuś więcej niż tylko cynicznemu robieniu kasy i sprzedawaniu celowo sfabrykowanego falsyfikatu religii, to uważam, że należy to dostrzegać i wspomagać. Kilka lat temu na jednym z amerykańskich uniwersytetów przeprowadzono badania, z których wynikło, że studenci kojarzą hasło „religia” z instytucjami, natomiast hasło „duchowość” z osobistym doświadczeniem Boga. Pamiętam też wywiad, w którym artysta Moby na pytanie o swój stosunek do religii odpowiedział: „Jestem chrześcijaninem, ale dość dziwnym. Nie chodzę do kościoła i nie jestem członkiem żadnego zboru. Z nikim też nie wykłócam się na tematy religijne, bo uznaję, że każdy może mieć swoją rację, a ja mam swoją. Brzmi ona bardzo prosto: kocham Jezusa, Jego życie oraz naukę i staram się postępować, mając je na uwadze”. To wszystko prowadzi do konkluzji, że istnieje olbrzymia rzesza ludzi, którzy pragną, jak wy to mówicie, „żyć w Chrystusie”, i jednocześnie czują się z różnych powodów odizolowani od Kościoła. Jeśli chcecie ich do niego zaprosić, nauczcie się mówić ich językiem. Ten język to właśnie popkultura, współczesna lingua franca, zrozumiała i aktualna pod każdą szerokością geografi czną. Jak rozumiem, o taki rodzaj zjednoczenia chodzi właśnie w powszechnym Kościele. Macie do dyspozycji fantastyczne narzędzie. Zamiast nim pogardzać, skorzystajcie. Niedrogo doradzę, jak to fachowo zrobić.