W 2008 roku w Brixton młody włoski artysta znalazł na śmietniku trzy tysiące czarno-białych fotografii. Bez podpisów, bez dat, niewiadomego autorstwa. Wygląd fotografowanych osób wskazywał, że zdjęcia zostały zrobione w latach pięćdziesiątych XX wieku. Były tam damy w strojach wieczorowych, urzędnicy w garniturach, panny młode, księża, dzieci, aktorzy amatorskiej sceny.
Tak oto zaczyna się niezwykła opowieść o polskich emigrantach, rozbitkach z otoczenia Władysława Andersa, dla których nie było miejsca w nowej Polsce. O ludziach, dla których życie na obczyźnie było bolesnym zderzeniem ze zhierarchizowanym społeczeństwem brytyjskim i z brytyjskimi władzami. O wielkiej polityce, która mieszała się z osobistymi dramatami.
O drobiazgowych przygotowaniach do III wojny światowej. O trudnościach życia codziennego. O samotności i nieudanych małżeństwach polsko-polskich i polsko-brytyjskich. O permanentnym konflikcie: politycznym, międzypokoleniowym, religijnym. O planach osadzenia na polskim tronie brytyjskiego księcia. O rozczarowaniu w 1989 roku.
Czyta się tę książkę trochę jak thriller, trochę jak romans, a nawet fantastykę. O polskim złocie, o niedoszłym królu Polski, o miłości dwóch kobiet do generała Andersa, o polsko-angielskich małżeństwach, o polskim Kościele na obczyźnie, o uratowanych dzieciach żydowskiego pochodzenia, o polskim klasycystycznym pałacu na Ealingu... Polski Londyn wojenny i powojenny wydaje się jedną wielką intrygą – i to niezwykle ciekawą, wciągającą. Pikanterii dodaje fakt, że to wszystko prawda. Polacy w czasie wojny wylądowali tam jak na Marsie - tak to ujął któryś z bohaterów i chyba nie minął się z prawdą. Przeczytałem Londyńczyków jednym tchem – po prostu nie mogłem odłożyć tej książki.
- Chris Niedenthal
Lato 1998. Brixton
Jean-Marc,
kurier rowerowy w średnim wieku, przeciął ulicę Brixton Hill i stanął przy wielkim śmietniku. Od razu wydał mu się obiecujący: spomiędzy kawałków gruzu wystawały fragmenty mebli, szmat i starych gazet. W dwóch skrzynkach na warzywa zobaczył pożółkłe fotografie. Bez zastanowienia załadował je na kurierski rower. Śmieci, gazety, stare monety i niepotrzebne zdjęcia odgrywały ważną rolę w życiu artystycznym Jeana-Marca.
Porzucone rekwizyty cudzego życia złożone w atrakcyjne instalacje przysparzały mu pewnej sławy w północnym Londynie. Na razie, niestety, nie przysparzały pieniędzy. Wieczorem obejrzał fotografie. Dziewczynki w białych sukienkach paradowały przed blaszanymi barakami albo tańczyły w ludowych strojach. Eleganccy mężczyźni na bankietach. Domowe prywatki, potańcówki albo wakacje nad morzem. Na kilku był stempel: JAN MARKIEWICZ, 67 GAYVILLE ROAD, LONDON SW11, 1953. Europa Wschodnia, powiedział do siebie artysta konceptualny i zniósł paczki do piwnicy. W ogóle go nie inspirowały.
2008. New Cross
Nicole była aktorką, ale na razie uczyła w podstawówce. Miała trzydzieści trzy lata, mieszkała w północnym Londynie, który ją frustrował. Więzi sąsiedzkie umarły, mówiła, głównie dlatego że nie znała żadnego sąsiada ze swojej ulicy, z wyjątkiem Marii, sympatycznej nimfomanki, która, rzecz jasna, nie miała problemów z towarzystwem. Po południu zapukała z informacją, że mężczyzna z naprzeciwka planuje przyjęcie dla znajomych z sąsiedztwa.
Gospodarz nazywał się Jean-Marc i potrafił słuchać. Więc Nicole opowiedziała mu swoje historie. Na przykład tę o mamie, która nie umiała zagrzać miejsca, a kolejni mężowie coraz mniej podobali się Nicole. Mama miała też nieznośne poczucie wyższości. Kiedy przyjeżdżała do Londynu w odwiedziny, lubiła na głos komentować wygląd ludzi w autobusie. Wydawało się jej, że jest bezkarna, bo mówiła po polsku. Aż któregoś dnia starsza osoba odwróciła się i odpowiedziała, żeby przestała, bo jej przykro.
– Matka Polka? – zapytał Jean-Marc i poczuł się zainspirowany. Wyniósł zakurzone pudełka. Leżały w piwnicy dziesięć lat 2008. Gęsi Poczuła zazdrość. Ludzie na fotografiach wyglądali na pełnych życia i nie sprawiali wrażenia, że człowiek interesuje się już tylko sobą samym. Na pierwszy rzut oka mieli więc lepszą niż ona sytuację życiową. Nie miała pojęcia, kim byli, dopóki na jednej z fotografii nie zobaczyła dwójki dzieci przebranych do szkolnego przedstawienia, pozujących zapewne z dumnym tatą. Na pierwszym planie stały gęsi wycięte z drewna i wyposażone w kółka, żeby mogły sprawniej wjeżdżać na scenę. Poznała te gęsi. Stały w sali teatralnej polskiego Klubu Orła w dzielnicy Balham, gdzie mieściła się szkoła sobotnia, do której dwadzieścia pięć lat temu posłała ją matka. Występowała w tych samych dekoracjach.
Gdy tylko matka wyjechała z Anglii z następnym mężem, Nicole przestała mówić po polsku i przebierać się za krakowiankę. Teraz o Polakach codziennie czytała w gazetach, które grzmiały o barbarzyńskiej hordzie najeźdźców. Tłum liczył milion emigrantów i straszył drenażem rynku pracy. Nawet dobrze się złożyło, bo w związku z tłumem za rogiem w New Cross wyrosła redakcja polskiego tygodnika, który mógł teraz pomóc Nicole dowiedzieć się więcej o szczęściarzach z fotografii. Gazeta „Nowy Czas” wywydrukowała kilka zdjęć i apel do potomków fotografa.
Pan F., kupując kiełbasę w dzielnicy Ealing, rozpoznał zdjęcie małej Teresy Stołągiewicz w za dużych majtkach i jej siostry Aleksandry siedzącej w blaszanej wanience. Zrobił je świętej pamięci Janek Markiewicz, kolega, fotograf z Kensingtonu, tata dziewczynek z fotografii. 1913. Jan Markiewicz Studiował prawo we Lwowie, byłby zdolnym urzędnikiem. W 1938 roku Bank Gospodarstwa Krajowego w Warszawie zaproponował mu pracę dietariusza i zaraz przyznał podwyżkę. Niestety, 4 września następnego roku go zmobilizowano i skierowano do piechoty, walczył w 6. Pułku Dywizji Strzelców Pieszych. Oddział wycofał się na południe i został internowany w Rumunii.
Jan Markiewicz przez Francję i Szwajcarię dotarł do Southampton i Londynu. Zamieszkał z pięcioma kolegami z wojska w wynajętym pokoju. Poszedł na potańcówkę, gdzie zobaczył Krystynę, którą pamiętał ze Lwowa. Właśnie przyjechała z matką z obozu w Tanganice. Zakochał się i szybko ożenił. Czterech braci Krystyny też trafiło do Londynu, jeden, poliglota, do brytyjskich służb specjalnych, więc wcześniej niż innych stać go było na kupno domu. Na Gayville Road ściągnął całą rodzinę. Ponieważ dyplom prawniczy nic już nie znaczył, Jan został fotografem. Polacy żenili się wtedy na potęgę, rodziły się dzieci, dorośli chcieli się bawić, emigracyjni politycy obchodzili uroczyste rocznice. Wszyscy potrzebowali pamiątkowych fotografii, więc Jan szybko odniósł sukces. Lubili go generał Władysław Anders, głowa polskiej emigracji, oraz malarz Feliks Topolski, którego obrazy też fotografował.
W 1964 roku w ramach wdzięczności za zdjęcia generał awansował go do stopnia kapitana. Większość polskich rodzin miała wtedy „markiewicze” nad kominkiem, ale on nie przywiązywał do nich wagi, zapominał je i gubił. W 1949 roku urodziła mu się córka Aleksandra, niecałe dwa lata później Teresa.
2011. Teresa i Aleksandra
Na starym zdjęciu Teresa tańczy w stroju krakowskim w polskiej szkole sobotniej przy Nightingale Lane. Na innym podnosi ją do góry sam Tomasz Arciszewski, premier rządu na uchodźstwie, założyciel szkoły. Aleksandrę w wannie szoruje babcia Małgorzata. Siostry zostały nauczycielkami, mówią śpiewnie, podpierając się angielszczyzną. Tak więc: rodzice z godnością zaczęli angielskie życie. Ich Lwowa już zresztą nie było. Tata nie mówił, czy jest szczęśliwy, czy nie. A one nigdy nie pytały. Rodzice żyli cicho, wśród przyjaciół z Polski. Było ich pięciu: Karpeta, Kolenda, Markiewicz, Mossakowski, Wilk. Umarli w kolejności alfabetycznej. Po niedzielnej mszy szli do kawiarni i rozmawiali o polityce. O bad guys w Moskwie zazwyczaj.
Mama była towarzyska i jej nie wystarczały pokościelne spotkania z polityką w tle. Chciała tańczyć, a ojciec te wszystkie polonijne potańcówki obfotografowywał i się nudził. Na obiad jedli zupy, barszcz i pierogi, i w tym różnili się od Anglików. Wyróżniało ich nazwisko, ale kiedy do Anglii zjechali czarnoskórzy z Karaibów, nawet nazwisko nie robiło już wrażenia. Więc spokój i harmonia. Z wyjątkiem roku 1965. W lipcu nad dachami domów w dzielnicy zaczęły nagle latać helikoptery, a po podwórkach biegali policjanci. Wieczorem w telewizji powiedzieli, że z więzienia w Wandsworth, cztery ulice od ich domu, uciekł Ronnie Biggs. U Markiewiczów szukali bohatera napadu stulecia!
W grudniu siostry zaczepił patrol policji, gdy szły w nocy na piechotę do zachodniej dzielnicy Hammersmith. Chciały stanąć w kolejce po bilety na koncert Beatlesów. Czuć było w powietrzu, że to będzie ostatnia trasa Beatlesów w Anglii. Nawet policjanci zrozumieli powagę sytuacji. Mąż Teresy, nauczycielki w prywatnej szkole dla dziewcząt, jest Polakiem i nazywa się Andrew Stołągiewicz. Jego rodzice nie lubili polskich spotkań klubowych. Zrazili się do generałów, którzy w klubach towarzyskich odtwarzali przedwojenne koterie.
Tata Andrzeja był przed wojną dyrektorem biura Warszawskiego Stoczni Gdańskiej, a w Londynie nie dostał stypendium na naukę języka. Dostał je znajomy wojskowego. Tata został malarzem pokojowym i do końca życia odczuwał żal. Dwójka dorosłych dzieci Andrew i Teresy to Andrew junior i Natalie. Czasem mają pretensje, że rodzice nie uczyli ich polskiego. Niestety w Ascot, gdzie mieszkają, nie ma szkoły sobotniej. Były mąż Aleksandry Ressort, która uczy w prestiżowej London Oratory School, był Francuzem. Cztery lata wytrzymała z nim we Francji, a potem wróciła z córką Stephanie, która teraz zaczęła karierę w Australii. Obie żałują, że zostawiły sobie francuskie nazwisko.
Tata Markiewicz umarł w 1990 roku. Przed śmiercią prawie się nie ruszał. Ostatnie cztery lata doglądała go pani Zosia z Polski. Wyjadała banany z patery w salonie, w Polsce jeszcze ich nie było. Kiedy wracała do siebie, pod Warszawę, zabrała reklamówkę tropikalnych owoców. Przecież gdyby poprosiła, kupiliby jej w prezencie. Odnalezione zdjęcia zmobilizowały ich wreszcie do zajrzenia do rodzinnych kartonów z pamiątkami, które kurzyły się od przeprowadzki na Sudbroke Road. Były tam polskie dokumenty, które trudno im było czytać. Aleksandra wyjęła zaświadczenie o rejestracji numer A221347. Zgodnie z rozkazem o obcokrajowcach z 1920 roku musiał je okazywać władzom każdy zdemobilizowany nieangielski żołnierz.
Do tekturowej książeczki urzędnicy wpisywali nazwiska świeżo poślubionych żon, nowo narodzone dzieci oraz adresy kolejnych miejsc pracy. Za każdym razem zdemobilizowany musiał prosić o zgodę. Pierwszy wpis w książeczce Markiewicza to potwierdzona przez policję metropolitarną informacja o ślubie z Krystyną Godowską w 1948 roku, drugi wpis – przeprowadzka na Gayville Road. Trzeci wpis – to zgoda policyjna na pracę w zakładzie fotograficznym Stockwell Photo Service Ltd. przy ulicy St. Michael numer 2. Datowana na lipiec 1950 roku. Ulica St. Michael to miejsce, gdzie Jean-Marc znalazł zdjęcia. Tato nigdy o tej pracy nie mówił.
Chris
Chris jest z zawodu doradcą personalnym i najmłodszym dzieckiem Jana Markiewicza. Pomaga wypalonym bankierom i firmom na zakręcie. Dobrze rozumie tatę. Jeszcze przed emeryturą upominał ich, żeby nie trzymali pamiątek. Nie lubił łzawego roztkliwiania. Chrisa Markiewicza nie ma na zdjęciach, bo urodził się w 1956 roku. Zdjęć z tamtego okresu nie znaleziono jeszcze na żadnym śmietniku. PS Nicole skopiowała niektóre zdjęcia u Jeana-Marca i ma je do dziś w swym domowym archiwum. Niektóre udostępniła na potrzeby tej książki. Oryginały zabrał artysta. Nie odpowiada na żadne anonse. Nicole zastanawia się, czy kiedyś będą dla niego inspiracją. Odnalezione zdjęcia Markiewicza oglądała przez przypadek para bardzo starych turystów z Ameryki. Nicole zauważyła, jak bezwiednie chwycili się za ręce.

