Villas. Nic przecież nie mam do ukrycia...
Iza Michalewicz
,Jerzy Danilewicz
Wydawnictwo: Świat Książki
To książka o życiu i karierze wielkiej gwiazdy polskiej sceny, która zrobiła wszystko, by o niej zapomniano. Villas była jak malowany ptak, nie pasowała do szarzyzny czasów PRL-u. W latach 60.- 80. stała się jedną z muzycznych ikon, towarem eksportowym. Krytykowana w Polsce za styl i ekstrawagancje, za granicą przyjmowana była entuzjastycznie zarówno przez publiczność, jak i krytykę. Zachwycano się jej głosem. Pisano, że jest białym krukiem wokalistyki. Śpiewała w duetach z Barbarą Streisand, Paulem Anką, Frankiem Sinatrą, Charlesem Aznavourem, grała w filmach i musicalach. Występowała w paryskiej Olimpii i nowojorskim Carneggie Hall, przez kilka sezonów była gwiazdą rewii Casino de Paris w Las Vegas.
Autorzy mówią o swej książce, że to biografia reporterska. Szukają w niej odpowiedzi na pytanie, jak to możliwe, aby Villas, artystka jedyna w swoim rodzaju, wokalny geniusz w skali światowej, obdarzony absolutnym słuchem i sopranem koloraturowym o pięciu oktawach, wielka, choć kontrowersyjna osobowość, nie tylko nie zrobiła kariery na miarę swoich możliwości, ale spędzała starość niemal w ubóstwie, wyobcowana, w atmosferze skandalu i niezdrowej sensacji. Czytelnik niech sam osądzi, czy potrafili znaleźć odpowiedź.
Do hotelu Polonez w Poznaniu przyjechał kierowca, żeby zabrać Violettę Villas na koncert do Leszna - ona nie schodzi. Pokojówka puka - cisza. Zarządzono, żeby otworzyć drzwi kluczem zapasowym. Szef hotelu z pokojówką wchodzą - nikogo nie ma. A pokój jest całkowicie zdemolowany. Porwane poduszki, fruwa pierze. Gdzie jest Violetta?!
Wezwano milicję. Rozpoczęło się regularne dochodzenie. Ale zanim się skończyło, artystka odnalazła się sama. Wpadła do hotelu, kompletnie przerażona.
- Zostałam porwana! Wywieziona! Chcieli mnie zgwałcić! - spazmowała.
W porwanym ubraniu, z potarganymi włosami, utytłana w piachu.
- Porwano mnie z hotelu, wywieziono do lasu!
Wyrwała się oprawcom, uciekała, aż dotarła do drogi. Zatrzymała jakiś samochód. Milicjanci jeszcze nie skończyli spisywać zeznań, gdy zgłosił się taksówkarz:
- Pani Villas zamówiła kurs spod hotelu za miasto. Tam zapłaciła i kazała mi odjechać.
- Okazało się, że ona sama porwała na sobie ubrania i wytarzała się w ziemi. Upozorowała to wszystko! Albo chciała roztaczać wokół siebie taką aurę sensacji, albo coś jej się stało z głową - podejrzewa Bogusław Kaczyński.
(...)
Krzysztof Gospodarek nigdy publicznie nie przyzna, z jakim problemem jego matka wróciła z Las Vegas. Alkohol? Narkotyki? Początek choroby, z której nawrotami będzie zmagała się przez całe życie? A może wszystko naraz? Właśnie jego najbardziej dotkną skutki zachowań matki.
- Co jakiś czas byłem wyrzucany z domu po strasznych awanturach, nieważne, czy to była noc, czy dzień - opowie po latach dziennikarce Krystynie Pytlakowskiej.
- Nienawidziła pana, bo był pan dla niej ciężarem?
- Nie, ona już wtedy była chora. Myślę, że nienawidziła samej siebie, ponieważ okazała się za słaba wobec uzależnienia.
- Od alkoholu?
- Od różnych używek. Alkohol zaczął się dopiero później. Nie mogę opowiedzieć ze szczegółami, co się z nią działo. Lekarze to wiedzą. W każdym razie walczyła, bardzo cierpiała, chciała się wyleczyć, w samotności, bez niczyjej pomocy z zewnątrz. Co jakiś czas jej się to udawało. Niestety, potem znowu wracała do swoich używek. Wtedy zaczął się jej ostry zjazd w dół. Zrywane koncerty, niedotrzymywanie umów i terminów. Uciekałem do Lewina, do babci, potem wracałem do Magdalenki i znowu uciekałem. Dumny jestem z tego, że udało mi się nie zejść na złą drogę i nie zwariować.
(...)
Proszę państwa, za 15 minut zaczynamy! - głos inspicjenta zatrzeszczał w głośnikach i rozniósł się echem po garderobach i korytarzach teatru Syrena. Ostatni papieros, rzut oka w stronę lustra, ostatnie podkręcenie rzęs, ciut brylantyny i pudru.
Tego wieczoru w teatrze wszystko wydawało się pod kontrolą. Kierowca przywiózł Violettę Villas z Magdalenki na długo przed spektaklem. Na widowni jak zwykle komplet. Dyrektor Witold Filler wyjrzał zza kulis. Ciekawe, kto z oficjeli i partyjnego towarzystwa tym razem przyszedł do Syreny. Na swoim miejscu siedział już zaprzyjaźniony z teatrem (i jedną z tancerek) ambasador Węgier.
Inspicjent (ponaglająco): - Jeszcze pięć minut!
Już czas. Garderobiana delikatnie zapuka więc do drzwi oznaczonych gwiazdą. Tylko Villas tak wyróżniono. Ku skrywanemu niezadowoleniu reszty (zasłużonego przecież teatralnie) zespołu. Ale gwiazda w tym wypadku mogła być tylko jedna.
Puk, puk! Cisza. Pewnie Violetta jak zwykle zamknęła się od środka. Nikt nie mógł wejść do jej garderoby bez pozwolenia. Legendy krążyły o tym, co Villas w niej robi. Na pewno dopina swoje słynne włosy albo się modli. Chodziła już przecież po teatrze z różańcem w ręku, a koło lustra ciągle trzyma krucyfiks.
- No trudno, najwyżej znów mnie zwyzywa - pomyśli garderobiana, nim naciśnie klamkę.
Otwarte! Violetty nie ma. Za chwilę spektakl, a wszyscy nerwowo szukają gwiazdy. Za kulisami, pod sceną, w bufecie. Panika.
- I nagle Filler, chyba Duchem Świętym tchnięty, wybiegł z teatru - śmieje się serdecznie na to wspomnienie Anna Boska, była żona Witolda Fillera, pracująca wówczas w Syrenie. - Obok teatru, przy wejściu od podwórza, był bar. Witek w samej koszuli (a to była mroźna zima) poleciał przez to podwórze. Wpada, a Violetta siedzi i spokojnie konsumuje pierogi.
On był straszny choleryk: - Wyrzucę panią!
Na co Villas (przeżuwając): - To ja panu wytoczę proces.
I nikt nie wiedział, dlaczego Violetta nagle, nic nikomu nie mówiąc, postanowiła pójść do baru i zjeść pierogi na pięć minut przed spektaklem. Od dawna miała ugruntowaną opinię artystki kłopotliwej, nieufnej, wybuchowej i kompletnie nieprzewidywalnej.
„Z tygodnia na tydzień stawała się coraz silniej skłócona niemal z całym środowiskiem - napisze po latach Witold Filler w swojej książce » Tygrysica z Magdalenki «. - Odwoływane koncerty, procesy, odszkodowania. Jedne płacone artystce, drugie przez artystkę”.
Sporo więc zaryzykuje, angażując ją do rewii "Trzeci Program" jesienią 1979 roku. Villas od lat nie ma dobrej prasy: "Do podobnych kaprysów w amerykańskim stylu jest może przyzwyczajona publiczność w Las Vegas - złośliwie pisał "Dziennik Polski" po kolejnych, odwołanych przez artystkę koncertach. - Mieszkańcy Krakowa, Zakopanego, Tarnowa czy Andrychowa mogą to nazwać tylko lekceważeniem ich".
Filler uważał, że niezwykła skala głosu i talent Violetty są ważniejsze niż jej przedziwne zachowania. Doceniał jej wyjątkowość i bronił przed zarzutami o kicz. Wszyscy chcieli ją z tych krynolin, falbanek i kokardek obedrzeć. A Filler uznał, że taki styl doskonale sprzeda się na scenie.
(...)
Syrena kontynuowała tradycję przedwojennego teatru wodewilowego. Villas ze swoim stylem wyjętym z wielkich rewii Las Vegas doskonale tu pasowała. Chociaż już wtedy, jak ocenia Ryszard Poznakowski, skala jej głosu mieściła się "tylko" w trzech, a nie czterech oktawach:
- Miała barwę od kontraltu do sopranu koloraturowego. Czasami, jak była w formie, zaczepiła tercję niżej czy sekundę wyżej. Cztery oktawy to już opowieści z tysiąca i jednej nocy. Ale i tak była pod tym względem ewenementem.
Propozycja Fillera przyjdzie w samą w porę. Violetta występuje rzadko. A wokół domu w Magdalence przybywa psów i kotów.
- Był taki czas, że na długo zapadła cisza. Nawet telefonu od niej nie było. Nie wiedzieliśmy, co się dzieje. Potem Krzysiek mówił, że kromką chleba się z matką dzielili, taka była bieda - wspomina Maria Cieślak.
Violetta, o czym mało kto wiedział, prócz obłędu popadła w autentyczną nędzę.
Anna Boska: - Filler ją z tego wyciągnął.
Na ulicę Litewską w Warszawie, gdzie mieści się teatr, na pierwsze rozmowy o występach fiatem 126p przywiezie ją z Magdalenki wicedyrektor Syreny Stanisław Taczanowski. Villas będzie miała na sobie stary wojskowy płaszcz z demobilu z przydługimi rękawami, na który wypuści gruby blond warkocz.
- Płaszcz był z dołu obszarpany. I nie chodziło o żaden szpan. Wyglądała na prawdziwie wynędzniałą - zapamięta Boska.
W "Trzecim Programie" Villas zagra kilka znakomitych scen - od tej w klasztorze, gdzie zaśpiewa swój popisowy numer, czyli piosenkę "Do ciebie, mamo", po panią Walewską w scenie z Napoleonem (którego grał Roman Kłosowski, doprowadzając publiczność do łez) czy w parodii "Quo vadis" Ligię w towarzystwie Nerona (granego przez Kazimierza Brusikiewicza).
Ryszard Poznakowski wspomina:
- Romek Kłosowski miał wykonać menueta z Violettą, ale nogi miał z drewna i na muzykę był głuchy jak pień. Ale skoro niedźwiedzia można nauczyć jeździć na motocyklu w cyrku, to i ja Romka nauczyłem. On nigdy nie wiedział, kiedy ten taniec zacząć. Dyrygowałem orkiestrą, siedząc w kanale, i obok miałem latarkę. W odpowiedniej chwili świeciłem na "raz" i wtedy Romek ruszał.
Poza tym Violetta miała bardzo wielki biust. Wzrostu była średniego, ale zawsze chodziła na wysokich szpilkach. No i zgrabne nogi, których nie wstydziła się pokazywać. Cała zabawa polegała na tym, że jej Kłosowski i Brusikiewicz nawet do cycka nie sięgali. I jak tylko wychodzili na scenę, to publiczność natychmiast zanosiła się śmiechem.
Violetta chciała, by publiczność traktowała ją jak gwiazdę. Nie było mowy, aby w jakiejkolwiek scenie stała z boku. Musiała stać w środku.
Pod wieloma względami była jednak dla dyrektora gwiazdą niebezpieczną.
Poznakowski: - Myśmy nigdy nie wiedzieli, czy ona przyjedzie na rewię, czy nie. Kiedy się spóźniała, przestawialiśmy sceny. Było kilka scen tak zwanych neutralnych, w których nie występowała. Głównie po to, by zdążyła zmienić kreację. Dlatego mieliśmy kilka wersji przedstawienia: jeśli Viola była punktualnie, graliśmy wersję A. Jeśli się spóźniała - wersję B, natomiast gdy dłużej nie przyjeżdżała - graliśmy wersję C.
Pomimo wszystko Villas zbierze entuzjastyczne recenzje. "Trybuna Ludu" napisze:
"Ta oryginalna, a budząca tyle sprzecznych odczuć artystka jest gwiazdą drugiej części programu (...). Villas nie przybywa z kabaretu ani z rewii, nie jest z opery ani estrady. Jej miejsce jest gdzieś na przecięciu wielu różnych linii, jest przeto odrębne, własne - tak samo jak odrębna jest jej pozycja w tej nowej premierze Syreny".
Teatr od premiery był oblężony. Kiedy brakowało w kasie biletów, ludzie chcieli płacić kasjerce dolarami. Nieustannie napływały skargi do dyrekcji, że wejściówki są sprzedawane na lewo, a przecież były na nie zapisy. Panie płakały na widowni, tłumy kochały Villas.
(...)
Filler był przygotowany na jej kaprysy. Jako długoletni członek PZPR, znający wielu partyjnych dygnitarzy, mógł też zapewnić jej parasol ochronny, w razie gdyby na scenie nagle wyskoczyła z jakimś religijnym przesłaniem.
- Mówiono o nim, że jest "Fillerem systemu", ale za drzwiami teatru obowiązywały wyłącznie zasady sztuki - wspomina Ryszard Poznakowski.
Filler demonstracyjną religijność gwiazdy wliczył w koszty sukcesu, jakim niewątpliwie stały się występy Villas w Syrenie.
Violetta w garderobie urządzi ołtarzyk. Kiedyś przed spektaklem zapragnie nawet być na mszy. Anna Boska zadzwoni więc w imieniu teatru do najbliższej parafii, przy pl. Zbawiciela, z pytaniem, o której godzinie artystka może przyjść na mszę, tak by zdążyć na spektakl. W trasy zabiera modlitewnik. Kiedy inni rozmawiają o sztuce i życiu, ona zatapia się w Słowie Bożym.
- W garderobie oprócz lusterek, szminek i pudrów zawsze miała dwa obrazki: Matki Boskiej i św. Krzysztofa - wspomina jej akompaniator Czesław Majewski.
- Wszyscy pracownicy wiedzieli, że nie należy ingerować w duchowe życie Violetty. Nie komentowali jej przypowieści. Nie zadawali pytań.
- Ona z taką samą łatwością mówiła o Panu Bogu, jak rzucała wyzwiskami - wspomina jej garderobiana. - Wtedy najlepiej było robić swoje i się nie odzywać. Zwłaszcza starsi stażem pracownicy mieli wpojone, że to aktor jest gwiazdą teatru i jemu się służy. Powinien mieć luksus pracy. Nie może się denerwować.
Anna Boska też zauważa tę sprzeczność w zachowaniu Violetty. I mieszanie sacrum z profanum: - Pamiętam scenę z udziałem jednego z dyrektorów Syreny Stasia Taczanowskiego. Na próbie ona domagała się jakichś zmian przy kostiumie: mniej piór czy więcej piór, nie pamiętam. Przybiegła do gabinetu i zaczęła krzyczeć, że nie wystąpi. Potem zmieniła ton, zaczęła gwałtownie prosić. Przechyliła się przez biurko, a dekolt miała do połowy piersi. I zobaczyłam, jak ona z całą kobiecą świadomością łapie tego Taczanowskiego za głowę i wpycha ją w swój biust. Zdębiałam. Bo nagle osoba, która opowiada o swoich postach, modlitwach i skromności, wystąpiła w roli świadomej Messaliny. Spłoszony dyrektor zaczął ją odpychać.
Violetta była gwiazdą pod wieloma względami nietypową. Nie wiadomo, czy wynikało to z ubóstwa, w jakie wpadła z końcem lat 70., czy też po prostu miała takie maniery (co mogło wynikać z prostoty wychowania). Witold Filler niebawem przekona się, że Villas nie tylko uwielbia pierogi, ale także bierze na wynos.
Kiedy Syrena ruszy w kolejny objazd artystyczny po kraju, autokar zatrzyma się przy barze. Ktoś kupi wodę, ktoś ćwiartkę. Inni zasiądą do jedzenia. Violetta powie, że jest głodna, ale nie ma pieniędzy. Zapomniała portmonetki.
- Proszę sobie coś zamówić, ja oczywiście służę - Filler na to.
I Violetta zamówi. Dwanaście kotletów (zawinie je do torebki). Dyrektor zapłaci raz, drugi, trzeci. W końcu nie wytrzyma i odmówi.
Do tego posiłki się przedłużają, bo Violetta wszędzie wzbudza sensację.
Filler wpadnie więc na pomysł, żeby posiłki przynosić jej do pokoju. Któregoś dnia garderobiana przybiegnie w popłochu:
- Panie dyrektorze! Co mam zrobić, ona pakuje do torby talerze!
Krzysztof Gospodarek w jednym z wywiadów przyznawał:
- Z koncertów [mama] zawsze przywoziła coś dla domu, nawet garnki i pościel, i zawsze kupowała mi ubrania.
Krzysztof nie będzie tylko wiedział, skąd te "sprzęty" się brały.
(...)
Villas przysparzała sobie wrogów z taką samą łatwością, jak uwodziła publiczność. Także wśród dziennikarzy, którzy nie zawsze byli w stanie udźwignąć jej dziwactwa. Pewna reporterka bardzo chciała z piosenkarką zrobić wywiad. Została poinstruowana, że słuchać należy z powagą. Violetta nie może dostrzec w oku rozmówcy nawet błysku rozbawienia. Bo potraktuje to jako atak. Dziennikarka życzliwie wysłuchała rad i postanowiła się dostosować.
Na początku było słodko. Artystka powitała ją gorąco i - wyjątkowo - zaprosiła do garderoby. Tam - oprócz kostiumów, kosmetyków i luster - stał metalowy krzyż z Chrystusem. Villas rozwinęła opowieść.
Otóż w Magdalence śledzi ją wywiad. Polski, a może amerykański. Nie wie. Niech dziennikarka przedstawi sobie taką sytuację: Violetta wiezie węgiel taczką z komórki do domu. Musi palić w piecu, ponieważ nie stać jej jeszcze na zmianę ogrzewania. Już samo to jest dla niej uwłaczające, że ona - narodowe dobro przecież - musi robić za węglarkę. A tymczasem jest jak Chrystus - poraniona. W ręku trzyma serce przebite siedmioma skrwawionymi mieczami. I pcha tę taczkę do domu, a tu nagle spod węgla wyskakuje wywiadowca! W dodatku nagi!
W tym miejscu dziennikarka nie wytrzymała. I oko jej błysnęło. Violetta zauważyła, chwyciła krucyfiks i rzuciła się na reporterkę. Kobieta uciekała po całym teatrze w popłochu. Villas odpuściła dopiero na kolejnych schodach.
- Gdybym tego nie słyszała na własne uszy, tobym nie uwierzyła - opowiada Anna Boska. - Ale Ania zadzwoniła do mnie z płaczem i puściła mi to nagranie. Osłupiałam.
To nie mania prześladowcza będzie jednak powodem pierwszego odejścia Villas z Syreny.
Ryszard Poznakowski do dziś pamięta ten incydent. Zwłaszcza że wcześniej dobrze mu się z gwiazdą pracowało. Była profesjonalistką, świetnie się z nim zgadzała:
- Byłem u niej dwa razy w Magdalence. Pojechaliśmy z Fillerem omawiać tonację, utwory, zrobić próbę. Miała, owszem, kapliczkę z Matką Boską, elegancką. Ale było swojsko. Przyjęła nas chlebem ze smalcem. - Chłopaki, mam dobry smalec! - powiedziała. Lubiła smalec.
W końcu doszło do feralnej pauzy. To już był któryś z rzędu bis. Poznakowski zastygł z pałeczką. Czekał, aż Violetta skończy, by muzycy mogli kontynuować akompaniowanie. Minęło 15 sekund, artystka śpiewa wokalizy, publiczność bije brawo.
- Po minucie, kiedy jej oddechu zabrakło, po prostu zamknąłem partyturę - opowiada Poznakowski.
Dalej było jak zwykle: gwiazda wyszła, kłania się, całuje w samo serce. Ekstaza.
- Podziękowałem kolegom, wszyscy poszli do garderoby, a tu słyszę z głośników: "Szanowni państwo, ja bym dla państwa jeszcze śpiewała, ale pan Poznakowski nie umie więcej utworów zagrać, w związku z tym ja już nie będę śpiewać". Zatrzęsło mną. Po raz pierwszy i ostatni w życiu tak się zdenerwowałem, że ją normalnie chciałem pobić. To straszny dyshonor dla muzyka taki komentarz. Nigdy się po muzykach nie ślizgała, prawdopodobnie zrobiła to bezwiednie. Ona miała garderobę na pierwszym piętrze, ja - w piwnicy. Nim dobiegłem, ona już zdążyła przekręcić klucz. Viola trzymała klamkę od środka. Strasznie wtedy krzyczałem: - Ja ci tę tresę, kurwa, zerwę z głowy!
Po tym incydencie Villas nie pojawi się w Syrenie przez następnych pięć lat. W "Trzecim Programie" zastąpi ją Lidia Stanisławska. A Violetta zniknie z oczu zarówno mediom, jak i całemu środowisku. Dokąd? - to pytanie przez lata pozostanie bez odpowiedzi.

