Książka Śladami zapomnianych bohaterów to próba przypomnienia ludzi, którzy poświęcili swoje życie, byśmy mogli żyć w wolnym kraju. Kto jeszcze wie czy pamięta, kim była Izabela Horodecka, Eugeniusz Łazowski, Wiktoria i Józef Ulmowie, rotmistrz Jerzy Sosnowski, czy maharadża Jam Saheb Divijay Sinhji i co zrobili dla Polski? Obawiam się, że niestety niewielu... To smutne, że pasjonujemy się codziennym życiem celebrytów, jednocześnie nie wiedząc nic o prawdziwych bohaterach.
Ta książka to również dowód na to, że historia nie jest zbiorem nudnych dat i faktów, ale to przede wszystkim fascynujący ludzie, których życiorysy z powodzeniem mogłyby zainspirować niejednego scenarzystę hollywoodzkich filmów.
Ta książka to wreszcie próba wywołania pewnej narodowej dumy. Może i mamy wiele wad, kłócimy się bezustannie i skaczemy sobie do gardeł. Spoglądając jednak wstecz, na pokolenia, które już odeszły, wszyscy czujemy dumę. I to bez względu na różnice światopoglądowe.
Historia nas łączy. Czy tego chcemy, czy nie.
Piszę bloga, ponieważ uważam za smutny fakt, że dla młodego pokolenia autorytetami są celebryci, a postaci prawdziwych bohaterów pokrywa kurz zapomnienia. Mam nadzieję, że ta książka przyczyni się do >odkurzenia< biografii tych wspaniałych ludzi, którym wszyscy zawdzięczamy bardzo wiele.
Według filozofa Georga Santayany: >Naród, który zapomina o własnej przeszłości jest skazany na przeżycie jej jeszcze raz<. Myślę, że znając tragiczną historię XX wieku, chcielibyśmy tego uniknąć. Poza tym, czego jak czego, ale naszej historii nie powinniśmy się wstydzić!
- Mateusz "Biszop" Biskup
Kiedy po raz pierwszy przeczytałam ten blog, stałam się jego wierną fanką. Mateusz Biskup odsłania nieznane karty historii i czyni to w sposób pasjonujący. Polecam.
- Jolanta Kwaśniewska
To mądra i ważna książka. Dla nas, dla naszych dzieci i dla dzieci naszych dzieci. Dla pokornej dumy ludzi połączonych językiem i miejscem urodzenia. To piękna polskość, bohaterska i rozumna. Budująca wizje i nadzieje. Dziękuję.
- Walter Chełstowski
Dowództwo Armii Krajowej zlekceważyło komunikacyjną rolę warszawskich kanałów przy planowaniu zbrojnego zrywu. Przed wybuchem powstania do Sztabu Okręgu Warszawskiego AK zgłaszali się pracownicy miejskich wodociągów i oferowali pomoc w rozpoznaniu podziemnego labiryntu. Nie skorzystano z niej. Nie wyciągnięto także wniosków z doświadczeń żydowskich bojowników, którzy podczas powstania w getcie korzystali z kanałów.
10 maja 1943 roku ostatnia grupa bojowników przeszła kanałami na aryjską stronę, wychodząc włazem na ulicy Prostej. Wśród nich był ostatni dowódca powstania - Marek Edelman. Dowództwo Armii Krajowej szczerze wierzyło w to, że walka potrwa kilka dni, po których Warszawa będzie wolna. Nie zawracało sobie więc głowy jakimiś kanałami. To zaniedbanie kosztowało bardzo słono. Po raz pierwszy użyto kanałów do relokacji oddziałów powstańczych 11 sierpnia, kiedy padł ostatni punkt oporu na Ochocie - Reduta Wawelska.
Od początku powstania bronił się w nim oddział pod dowództwem podporucznika Jerzego Gołembiowskiego ps. "Stach". Słabo uzbrojeni powstańcy przez jedenaście dni odpierali ataki Niemców i renegatów z RONA. Kiedy amunicja była już na wyczerpaniu, "Stach" podjął decyzję o próbie przebicia się do kanałów. 9 sierpnia w piwnicach zaczęło się kopanie. Na szczęście wśród powstańców było dwóch pracowników wodociągów miejskich, którzy kierowali pracami. Następnego dnia wykop był ukończony. Około godziny 14.00 Redutę zaatakowały samobieżne miny - Goliaty, po czym rozpoczął się kolejny szturm.
W Reducie oprócz powstańców było około stu cywilów. Wywieszenie białych prześcieradeł nic nie dało - kule świstały nadal, a upojeni wódką żołdacy RONA podchodzili coraz bliżej. Szturm został odparty, ale było oczywiste, że wobec braku amunicji kolejnego ataku Reduta nie wytrzyma. Padł rozkaz ewakuacji kanałami do osiedla Kolonia Staszica. Około godziny 23.00 postaci w panterkach zaczęły zagłębiać się w mroczną i śmierdzącą czeluść. Potem z kanałów korzystano coraz częściej... Pamiętacie słynny film Andrzeja Wajdy pt.Kanał? Podziemny tunel pokazany w tym filmie był wręcz luksusowy w porównaniu z tymi, którymi naprawdę przemieszczali się powstańcy.
Warszawską sieć kanałów zaprojektował na początku XX wieku brytyjski inżynier William Lindley. Składała się ona z trzech kanałów głównych, od których odchodziły kanały boczne. Główne arterie miały wysokość od półtora do dwóch metrów, podczas gdy kanały boczne w najwyższym miejscu sięgały 140 centymetrów. Poruszać się w nich można było jedynie na czworakach. Wyprostować udawało się tylko w niektórych odcinkach kanałów głównych, przy burzowcach lub przy studzienkach z włazami. Powstańcy chodzili więc zgięci wpół lub na czworakach.
Wśród szczurów, z bronią zarzuconą na plecy, w gównie sięgającym ust i potwornym zaduchu. W kanałach prawie nie było tlenu. Zapałki nie nadawały się do oświetlania drogi - po prostu nie chciały się palić. A nie wszystkie oddziały miały latarki. Scena z filmu pt."Kanał" w reżyserii Andrzeja Wajdy. Idąc, a raczej - pełznąc kanałem, należało zachować absolutną ciszę. Niemcy szybko zorientowali się w tej powstańczej komunikacji i na każdy dźwięk dobiegający z podziemi wrzucali przez włazy granaty lub puszczali serię z karabinu maszynowego.
Wsypywali też do kanałów karbid, który w połączeniu z wodą wydzielał trujący gaz. Sami do kanałów nie schodzili. Nie musieli - czekali, aż cuchnące podziemia wykonają robotę za nich. Czasem tylko do kanału wchodził niemiecki saper, by założyć pułapki na powstańców, np. zablokować przejście drutem kolczastym, na którym wisiały granaty. Pokonywanie takiej pułapki pokazał Wajda w swoim filmie.
Oprócz karbidu Niemcy wsypywali też do kanałów cement, by spiętrzyć wodę i potopić powstańców. Użyli też najbardziej tajemniczej broni tamtego czasu, zwanej "Taifungerat". Do dzisiaj nie wiemy, jak wyglądało to ustrojstwo, ale znamy metodę jego działania. Ładunek tej broni wykorzystywał mieszankę pyłu węglowego i powietrza. Rozpylona w kanale mieszanka była zapalana za pomocą wypuszczonego z butli metanu lub etanolu.
Wybuch "wędrował" kanałem, niszcząc wszystko na swojej drodze i pozostawiając trujący czad. Jedna eksplozja potrafiła zdemolować około kilometra kanału. Początkowo starano się nie wchodzić do kanału bez przewodnika. Najcenniejszymi okazali się dawni pracownicy miejskich wodociągów - ci sami, których ofertą nie tak dawno wzgardzono. Przewodnikami były także łączniczki, które w pierwszych dniach walki często wykorzystywały kanały jako w miarę bezpieczną drogę przenoszenia meldunków.
Aby nieco ułatwić poruszanie się, przewodnicy czasem rozciągali wzdłuż kanału liny, które spełniały rolę poręczy. Niemcy jednak często rwali je granatami. Przejście kanałami nie tylko rujnowało zdrowie, ale i masakrowało psychikę. Przejście odcinka, który na powierzchni pokonuje się spacerkiem w ciągu pół godziny, trwało kilka, kilkanaście go13 dzin. Wielu tej drogi nie wytrzymywało. Jedni tracili przytomność od trujących gazów i osuwali się bezwładnie na dno. Inni po kilkunastu godzinach tej podziemnej hekatomby postanawiali skrócić męczarnie i strzelali sobie w głowę.
Trzeba pamiętać, że byli to ludzie, którzy mieli za sobą lata w konspiracji i kilka tygodni walki w warszawskim infernie. Ludzie, którzy codziennie zaglądali śmierci w oczy. Kanały potrafiły złamać nawet takich. Jeszcze inni wariowali od klaustrofobii - doznawali halucynacji, wrzeszczeli w obłąkaniu lub wygadywali niestworzone rzeczy. Najtragiczniejsze przejście kanałami miało miejsce 27 września.
Tego dnia podpułkownik Józef Rokicki ps. "Karol", dowódca obrony Mokotowa, wbrew rozkazowi przełożonego generała "Montera" podjął bezsensowną i koszmarną w skutkach decyzję o przejściu kanałami do walczącego jeszcze Śródmieścia. Powstańcy zeszli do kanałów około godziny 9.00. Przy włazie rozgrywały się straszne sceny. Ludność cywilna obrzucała żołnierzy przekleństwami. Kobiety krzyczały, że są oni gorsi od Niemców, że zostawiają ich na pewną śmierć.
Ewakuacji tych rozmiarów (do podziemi zeszło kilka tysięcy ludzi) nie udało się przed Niemcami ukryć. Poustawiali się oni przy każdej studzience wzdłuż całego kanału od Mokotowa do Śródmieścia i przez otwarte włazy wrzucali karbid, granaty i puszczali serie z pistoletów maszynowych. Zrykoszetowane kule raniły i zabijały czołgających się w szlamie powstańców. Czołgali się po ciałach swoich kolegów, wypluwając ścieki, które wdzierały się do ust i zalewały ropiejące rany. Broń przerzucona na plecy lub trzymana resztkami sił w mdlejących dłoniach uderzała o ściany, które zwielokrotniały każdy odgłos.
Razem z powstańcami na Mokotowie do kanału zeszła grupa cywili. Niektórzy mieli ze sobą jakieś plecaki i walizy, które wkrótce zostawili w kanale. Porzucone graty dodatkowo spiętrzały ściek. W pewnym momencie ten apokaliptyczny pochód stanął. Przy głównym burzowcu Niemcy zbudowali barykadę z drutu kolczaste14 go, której nie sposób było przejść. Jerzy Zapadko-Mirski, ostatni dowódca batalionu "Parasol", przepchnął swoich ludzi do przodu i w świetle latarki zobaczył potworną scenę.
Przy barykadzie z drutu leżało kilkadziesiąt ciał ludzi zatrutych acetylenem powstałym przez wrzucenie do kanału grud karbidu. Niektórzy jeszcze żyli. Chwytając za nogawki, błagali powstańców o pomoc. Ci starali się ich wyciągać ze szlamu i prowadzić ze sobą, ale osłabieni po kilku krokach osuwali się bezwładnie. Dalsze kilkaset metrów kanału było istnym piekłem Dantego. Powstańcy deptali po leżących na dnie kanału ludziach, których część dawała jeszcze oznaki życia.
Dotarli do kolejnej barykady z drutu. Jeden z nich kalecząc dłonie, wymacał przejście wycięte w drutach poniżej poziomu wody. Po kolei nurkowali w cuchnącej brei, by przedostać się na drugą stronę. W końcu dotarli do studzienki, na której ścianie ktoś narysował kredą literę "S" - jak Śródmieście. Po siedemnastu godzinach w kanale, ledwo żywi i ślepi od trujących wyziewów wyczołgali się na powierzchnię. Wyjście na powierzchnię nie zawsze oznaczało ocalenie. Wyciągniętego z kanału powstańca Niemcy najczęściej natychmiast zabijali.
Taki los spotkał 140 powstańców z batalionu "Baszta", którzy 27 września po wielogodzinnym błądzeniu w kanałach wyszli na powierzchnię na ulicy Dworkowej. Był to teren zajęty przez Niemców, którzy natychmiast ustawili ich pod ścianą i rozstrzelali. Wkrótce jednak doszli do wniosku, że coś tu nie gra. Niby w miejscowościach szaleje tyfus, ale ludzie jakoś od niego nie umierają. Dzięki kapusiom wiedzieli, że liczba pogrzebów nie wzrosła. Łazowski i Matulewicz starali się rozdmuchiwać każdy prawdziwy przypadek tyfusu (pod warunkiem, że osoba nim zarażona nie była Żydem), by utwierdzić Niemców w fałszywym przekonaniu. Tych przypadków było jednak zbyt mało.
Niemcy nabrali poważnych podejrzeń wobec polskich lekarzy. Zaczęli domagać się dokładnych raportów na temat zużywanych leków. Łazowski oszukał ich, wykorzystując fakt, że jego przychodnia mieściła się niedaleko stacji kolejowej i czasem był wzywany do leczenia niemieckich żołnierzy wracających pociągami sanitarnymi z frontu wschodniego. W raportach zawyżył znacznie ilości zużytych lekarstw, wiedząc, że Niemcy nie będą mogli ich zweryfikować. Zważywszy na rozmach całej mistyfikacji, Łazowski liczył się z możliwością wpadki. Zawsze nosił przy sobie cyjanek potasu, by w razie aresztowania popełnić samobójstwo.
Pod koniec 1943 roku okupanci postanowili wysłać do Rozwadowa kontrolę złożoną z doświadczonego doktora i jego dwóch praktykantów. Łazowski odpowiednio się na tę okazję przygotował. Przeniósł swoją przychodnię do najnędzniejszej chaty w mieście i urządził w niej niewielki szpitalik, w którym położył najstarszych i najbardziej schorowanych mieszkańców, poinstruowawszy ich, jak mają się zachowywać podczas kontroli. Namówił pozostałych mieszkańców, by urządzili imprezę na cześć niemieckiej komisji. Kiedy Niemcy przybyli do Urzędu Miasta przywitał ich widok suto zastawionych stołów i miejscowych notabli "uradowanych" wizytą "szacownych gości".
Bimber polał się szerokim strumieniem. Niemiecki doktor wkrótce przeholował z trunkami i zasnął nad misą kiełbasy, wysławszy zawczasu swoich praktykantów na inspekcję szpitala. Eugeniusz Łazowski zaprowadził młodych lekarzy na miejsce. Po wejściu do nędznej chałupy rozejrzeli się po ciemnej izbie, po czym podeszli do jednego z pacjentów. Obydwaj zgodnie stwierdzili, że chory cierpi na tyfus. Pobrali od pacjentów próbki krwi, które potwierdziły ich przypuszczenia. Ponowne kontrole już się w mieście nie pojawiły. Trudno ocenić, ilu ludzi ocalało dzięki dwóm lekarzom. Wymienia się liczby od kilkunastu do kilkudziesięciu tysięcy.
W 1944 roku Eugeniusz Łazowski został ostrzeżony, że Gestapo planuje go zlikwidować za pomoc udzielaną partyzantom. Niemcy wiedzieli, że jest żołnierzem AK, ale nie aresztowali go wcześniej, ponieważ był im potrzebny podczas "epidemii". Uciekł wraz z rodziną w ostatniej chwili. Początkowo ukrywali się w Stalowej Woli, potem w Rudniku. W 1945 roku wrócili do Warszawy, gdzie doktor Łazowski podjął pracę w Klinice Akademii Medycznej oraz Instytucie Matki i Dziecka.
W 1958 roku wyjechał z całą rodziną z Polski na stypendium do Stanów Zjednoczonych. Został profesorem pediatrii na Uniwersytecie Illinois, gdzie pracował przez długie lata. Doktor Stanisław Matulewicz również wyjechał z Polski. Został profesorem radiologii na uniwersytecie w Kinszasie w Zairze. Eugeniusz Łazowski przeszedł na emeryturę w latach 80. i zamieszkał w stanie Oregon. W 2000 roku przyjechał do Polski z ekipą amerykańskiej telewizji, która nakręciła film dokumentalny o nim i jego dokonaniach. Swoje wojenne wspomnienia zawarł w książce pt. Moja prywatna wojna. Profesor Eugeniusz Łazowski zmarł 16 grudnia 2006 roku w Eugene w stanie Oregon.

