Książka, a raczej książeczka, bo dzieło do wielkich rozmiarowo nie należy, Andrzeja Te o wiele mówiącym tytule Dzieci tv to coś, czego na księgarskich półkach ludziom myślącym, zastanawiającym się nad otaczającą rzeczywistością, przegapić nie wolno. Wzrok przyciąga już sama okładka, choć podobno po niej się książki nie ocenia. Czarna obwoluta, biała ramka i komiksowe postaci w środku. Olśnienie. To telewizor, czarne pudełko przypominające to z czasów młodości naszych rodziców. Poszukajcie takich rysunków w sieci. Zaręczam, że warto. Myślę, że na najpopularniejszym portalu społecznościowym pod hasłem Andrzej Te sporo takich będzie...
Ale wrócę do książki. To zbiór 8 opowiadań o wspólnym mianowniku, jakim jest... no właśnie, jak sformułować ten mianownik? Wypaczenie? Mózgowa papka? A może po prostu zwyczajna otaczająca nas rzeczywistość?
Książka, przy której zaczyna sie myśleć, zastanawiać. Szukać podobieństw i różnic między światem, przedstawionym przez autora, a tym którego udziałem my jesteśmy. Kontestacja? Po trosze. Ale nie, raczej diagnoza. Raport z obserwacji rzeczywistości zastanej i próba sformułowania własnych wniosków. Tym, najkrócej rzecz ujmując, jest ta niewielka rozmiarowo, ale jakże bogata w treść książeczka.
Autor porusza w niej wiele z problemów, z jakim boryka sie nasze dzisiejsze społeczeństwo. Pojawia sie więc kolejno: zdrada i śmierć z miłości, upadek moralny, samobójstwo zbiorowe, prostytucja, gangsterka, dilerka i depresja. Tak w największym skrócie (mam nadzieję, iż autor mi to wybaczy) zaprezentować można tematykę poszczególnych opowiadań. Całkowita degeneracja społeczeństwa. Do pełnego obrazu w tym projekcie zabrakło mi jedynie brutalnego morderstwa na tle rabunkowym, dokonanego przez kilku nastolatków na bezbronnej staruszce...
Zastanówmy sie przez chwilę, dlaczego nasze społeczeństwo tak mocno upadło? dlaczego granica miedzy tym co wolno, a czego nie wolno, tym, co złe, a tym co dobre, w świadomości wielu kompletnie się rozmyła? Autor podpowiada: żyjemy tym, co widzimy. A że teraz jedyne, co uważnie sie ogląda, to telewizja... odpowiedź gotowa.
Książka mało optymistyczna, przytłaczająca wręcz czarnymi barwami. przyznaję, że po przeczytaniu jej zrobiło mi sie bardzo ciężko w środku. przez moment nawet poczułam złość. złość na autora za to, iż odbiera czytelnikowi możliwość delektowania się książką jako formą odpoczynku, odprężenia, uwolnienia świadomości. Ta książka to ciężka praca dla mózgu. Dla co wrażliwszych może być ciężkostrawna. Mimo wszystko jednak gorąco polecam.
I apeluję: wyrzućmy telewizory i chodźmy czytać książki.
Moja ocena: 10/10
- Katarzyna Kozioł, bestsellery.NET
Jednego sobie razu — la-la-la! — wychodzę na przechadzkę. Podążam parkiem… w jednej ręce smycz, na smyczy psiak, Mój mały i kochany Rudolf. W drugiej ręce panna, Moja prawie połowica. Tak oto idziemy, a pora jest jesienna, złota polska pora roku, kolorowe liście fru-fru, zwierzątka wspólne biegi i zabawa hał-hał z miał-miał, wietrzyk nosi liście na ramionach szuuuuuuu! Nic a nic nie zakłóca harmonii (no, może Iwcia trochę gada za dużo, ale to drobiazg, bo Ją kocham) la-la-la...
Aż tu nagle! — zbliżamy się do mostu, pod mostem czarny tunel, słońce również czernieje, chmury burzowe, noc jakby idzie — ciemno.
Szuuuuuuu! — znowu wiatr.
W takim razie Ja: jak uważasz, pytam Rudolfa, wchodzić, nie wchodzić, sam właściwie nie wiem, bo… tam przecież jest tak CZAR-NO, chwytam się za głowę!
Słysząc te słowa i najwyraźniej pojmując ich sens i znaczenie, a co więcej, widząc wyraz zbolałej Mojej twarzy w chwili, gdy podkreślam groźny wyraz CZAR-NO, pies zaczyna skomleć, dreszcze jadą po nim jak TIRy po szosie, a w końcowej fazie lęku. Mój mały Rednołz gryzie się w ogon i gania w kółko, robi kółka, jak wąż czasu.
To coś ZNACZY — ten lęk + ta CZERŃ.
Zaraz patrzę na drugiego Mego towarzysza — kobietę; ona nic, dalej swoje gadu-gadu: pantofelki, torebki, kurteczka, spodenki, śniadanko, obiadek, albo nie (!), dieta, odchudzanie, sukces, kariera, pieniążki, ble-ble-ble.
Widzę, że nie mogę liczyć na ich radę, decyzję, cokolwiek (!), postanawiam: jestem dużym chłopcem, w duchy już nie wierzę, mam Iwonkę i zwierzaka do obrony, więc, śmiało!, idę w tunel.
Wtem!
Dochodzi Mnie odgłos. Odgłos… Jakiś od-głos. Dziwny ten od-głos, zauważa Iwona, faktyczne dziwny, rzucam jej odpowiedź i kucam, i drapię Rudolfa w ucho — słuchamy wszyscy: od-głos-od-głos, rytm pęta się po głowie. Jakby… Ktoś Coś klepie, Czymś klepie (?), w Coś klepie (?), pociera może… a może!
Nie bądźmy babami, mówię podnosząc w górę czaszkę, idziemy i szkoda w ogóle dalej o tym myśleć.
Jednak ruszamy z wolna, czaimy, myślimy dużo, spieszymy powoli. W końcu jesteśmy. Pod mostem, tuż-tuż, parę centymetrów, tunel, czyli strach, czyli CZERŃ.
Ostrożnie. Zaglądamy, patrzymy, oczy przyzwyczajamy do egipskich ciemności, uszy wsłuchane (od-głos-od-głos, jakby ktoś, siebie, sam, sobie!) a pies wącha, powieki spuszcza wąch-wąch; Ja mu pokazuję palcem, żeby tylko nie zaszczekał: ćśśśjicho Rud, malutki; mądry jest, rozumie.
Wreszcie! — z oswojonej CZER-NI wyłania się kreska, jedna, druga, trzecia, cienie, kontur, grubsza krecha, wypełnienie, kształt, w końcu cała (tajemna) Postać.
Ojejku!, dyskretnie piszczy Iwonka, on przecież robi To, To robi, on robi, a zaraz szepcze Mi do ucha, że: a fuj!, i oszczędza
swoim złotym oczom plugawego widoku.