Thriller z wyższej półki, który wywoła w czytelnikach głód kolejnych powieści autorki.
Rachel Knight to nieustępliwa prawniczka zatrudniona w prokuraturze okręgowej Los Angeles. Kiedy jej kolega z wydziału zostaje zamordowany, Rachel przejmuje po tragicznie zmarłym jego najtrudniejszą sprawę: brutalny gwałt na młodej dziewczynie, córce wpływowego lekarza. Zaczyna prowadzić śledztwo na własną rękę, wikłając się coraz bardziej w świat polityki i wielkich fortun – ryzykując przy tym własną reputacją i życiem...
Marcia Clark była zastępcą prokuratora okręgowego Los Angeles. Jako główny prokurator prowadziła sprawę o morderstwo przeciw O.J. Simpsonowi. Jest współautorką bestsellera opisującego ten proces. Pisuje artykuły dla prasy, pracuje też jako komentatorka prawna w środkach masowego przekazu. Mieszka w Los Angeles.
Koniecznie przeczytajcie tę książkę! Ma świetnie poprowadzoną fabułę, jest błyskotliwa i pełna specyficznego humoru. Przede wszystkim zaś - to po prostu cholernie dobry thriller.
- James Ellroy
Debiutancka powieść Marcii Clark udowadnia jej doświadczenie i wszechstronną wiedzę na temat systemu prawnego. Tempo akcji, fabuła i dialogi są tak wyraziste, jak wymaga tego gatunek.
- David Baldacci
Fenomenalny debiut!
- Kirkus Review
Świetny debiut. Czytelnicy z pewnością zechcą spotkać się ponownie z Rachel Knight, która łączy w sobie siłę charakteru i typowo ludzkie słabostki.
- Publishers Weekly
Kiedy w moje ręce trafiła książka Marcii Clark: Domniemanie winy, wydana nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka pomyślałam, że tytuł coś mi mówi. Gdzieś już to słyszałam. I skojarzenie - przecież to parafraza domniemania niewinności, czyli zasady, w myśl której każda osoba jest niewinna, dopóki jej się winy nie udowodni. Czym zatem jest domniemanie winy? Jesteś winny, dopóki nie udowodnisz niewinności…? Coś w tym jest.
Rachel Knight, zastępca prokuratora, singielka, pracuje w biurze z ludźmi, o których śmiało może powiedzieć "przyjaciele". Nie wiedzą o sobie nawzajem wiele, nie znają szczegółów swojego prywatnego życia, mimo to bezbłędnie odczytują swoje nastroje i świetnie im się ze sobą rozmawia, nie wspominając o czystej przyjemności spędzania razem czasu. Jednym z takich przyjaciół jest Jake, młody, przystojny prokurator. Nie, Rachel i Jake nie mają romansu, ale coś miedzy nimi iskrzy. Taka nić wzajemnego porozumienia, nie mająca nic wspólnego z fizycznością. Taka przyjaźń w najczystszym wydaniu. Dlaczego o tym piszę? Ponieważ tym łatwiej będziecie mogli wyobrazić sobie szok, jaki przeżywa Rachel, kiedy na noszach koronera pewnego wieczoru widzi właśnie Jake'a. Do tego jego śmierć nie jest śmiercią ani naturalną, ani do końca jasną. Razem z nim znaleziono bowiem zwłoki młodego chłopaka. De facto Jake zdjęcie tegoż, nagie zdjęcie, miał w kieszeni...
Pada podejrzenie: Jake zabił chłopca i popełnił samobójstwo. Z takim oskarżeniem pani prokurator Knight nie jest w stanie się pogodzić. Postanawia więc wyjaśnić śmierć przyjaciela na własną rękę. Dodatkowo prowadzi też śledztwo, którym Jake się zajmował przed śmiercią. Sprawa gwałtu na Susan, której ojciec jest lekarzem, będącym hojnym sponsorem wpływowego polityka. Wszystko się plącze, a potem ze sobą zazębia do tego stopnia, iż w pewnym momencie okazuje się, że obie sprawy w rzeczywistości stanowią jedną... A na dodatek na Rachel ktoś zaczyna polować...
Czy to thriller, jak sugerują słowa na okładce? Nie, raczej naprawdę dobrze napisany kryminał. Nic nie jest jasne. Od samego początku rozwiązujemy zagadkę razem z bohaterką, razem z nią prowadzimy myślową łamigłówkę, odkrywamy nowe fakty i, podobnie jak ona, wieloma rzeczami jesteśmy zaskoczeni. Mimo, iż bohaterka Marcii Clark nie należy do słodkich i delikatnych, to jednak od samego początku darzymy ją sympatią. I to procentuje - odwdzięcza nam się niebagatelnym poczuciem humoru i niebywałą inteligencją.
Książka napisana w taki sposób, iż każdy fakt zapada w pamięci. Jeśli przerwiecie lekturę i powrócicie do niej na przykład po 2 dniach, to po kilku zdaniach od razu przypomnicie sobie, co było wcześniej. Jeszcze jedna zaleta jest taka, że będzie się chciało do niej powrócić.
Tajemnica, napięcie, coś na kształt wątku miłosnego – to w tej książce jest na pewno. Czego nie ma? Zbędnych słów i zbędnych wątków. Stonowane i wyważone pisanie, ale nie pozbawione dreszczyku, odrobiny emocji. Naprawdę warto po tę książkę sięgnąć, zajrzeć do niej... a czytać się już będzie sama.
Moja ocena: 9/10
- Katarzyna Kozioł, bestsellery.NET
Rozdział 2.
Już po kilku minutach zorientowałam się, że centrum wydarzeń znajdowało się na skrzyżowaniu Czwartej i Południowego Broadwayu, tuż za rogiem Pershing Square, w tanim hotelu wynajmującym pokoje na godziny. Z wnętrza wydobywał się dym, strażacy już byli na miejscu.
Przecisnęłam się przez grupkę gapiów i dotarłam do taśm policyjnych odgradzających teren zdarzenia. Podeszłam jak się dało najbliżej i zaczęłam wyszukiwać znajomych twarzy, żeby się dowiedzieć, co się stało. W dymie dostrzegłam zarys furgonetki koronera, która z pewnością pamiętała lepsze dni. Zmrużyłam oczy, starając się coś zobaczyć przez dym, i wreszcie zauważyłam kierowcę – wyglądał na zewnątrz. Korpulentny facet w spodniach sztormowych, niebieskim płaszczu i tenisówkach Nike. Miałam szczęście.
– Scott! – krzyknęłam. Scott Ferrier był śledczym w biurze koronera. Zaprzyjaźniliśmy się podczas mojej pierwszej sprawy o morderstwo, gdy zaczynałam karierę w prokuraturze. Pomachał mi i podszedł bliżej.
– Czy twoja mamusia wie, że się włóczysz po nocach? – spytałam. Próbował zabić mnie spojrzeniem. – Jak na sprzeczkę alfonsów, to ściągnęliście tu potężne siły, nie sądzisz?
– Noo. To dziwne – przytaknął. – Jeżeli poczekasz chwilę, rozejrzę się i dam ci znać, czego się dowiedziałem.
– Mogę zaczekać w środku? – Wskazałam na furgonetkę.
– Jasne. Tylko jej nie rąbnij. – Wiedział doskonale, że musiałby nieźle dopłacić, żeby ktoś zechciał mu ukraść tego gruchota.
Zaczął się przeciskać przez tłum policjantów i strażaków w stronę wejścia do hotelu. Ja usadowiłam się na miejscu kierowcy i starałam się nie myśleć o pasażerach tego pojazdu przewożonych z tyłu.
Z budynku zaczęli wychodzić strażacy. Jeden zwijał już wąż. Byli tu zaledwie kilka minut. Jeżeli szybko uporali się z ogniem, to znaczy, że pożar nie był groźny.
Przyglądałam się postawnym strażakom przy pracy i przypomniało mi się stare powiedzenie, że Bóg uczynił pielęgniarzy i strażaków przystojniakami, żebyśmy mogli przed śmiercią popatrzeć na coś pięknego. Nagle czyjś głęboki i władczy głos wyrwał mnie z rozmyślań.
– Pani jest z biura koronera?
Siedziałam w furgonetce bokiem, obserwując hotel. Musiałam się obrócić w lewo, żeby dostrzec właściciela tego głosu. Miał około metra osiemdziesięciu centymetrów, był szczupły, ale mocno umięśniony, co dało się zauważyć pod opinającym go niebieskim mundurem. Długie ciemnoblond włosy przypominały, że warto ze sobą nosić grzebień. Miał piwne oczy migoczące złotym blaskiem odbitym od latarni, mocno zarysowaną szczękę, spory nos i wydatne usta. Dystynkcje na mundurze wskazywały na szychę. Plakietka identyfikacyjna to potwierdziła: porucznik Graden Hales. Jego podejrzliwe spojrzenie drażniło mnie, ale sama obecność kogoś takiego w tym miejscu była jeszcze bardziej intrygująca. Po co ściągali tutaj porucznika?
– Jestem z prokuratury okręgowej. Czekam na Scotta – odparłam. Postarałam się przybrać swój najlepszy ton służbowy.
Spodziewałam się, że mój status prokuratora zakończy temat. Myliłam się.
– Obawiam się, że musi pani opuścić ten teren – powiedział stalowym głosem. – Wolno tu teraz przebywać jedynie osobom bezpośrednio związanym ze śledztwem.
Próbował wygonić mnie ze sceny zbrodni drobnych rzezimieszków? Tu się działo coś dziwnego. Teraz już byłam wręcz głodna informacji.
– Okej. Ale i tak muszę poczekać na Scotta, bo miał mnie podrzucić do domu. – Było to czyste kłamstwo, miałam jednak nadzieję, że zniechęci porucznika służbistę. Znowu się pomyliłam.
– Załatwię pani radiowóz. Gdzie panią odwieźć?
Naprawdę się wkurzyłam. Od kiedy to prokuratorzy są wyrzucani z miejsca zbrodni? Facet wciskał mi kit.
Wysiadłam z furgonetki. Już miałam otworzyć usta i wpaść w kolejne kłopoty, kiedy pojawili się pomocnicy koronera z wózkiem do wywożenia ciał. Nagle z hotelu wybiegł za nimi Scott, krzycząc:
– Jego okulary. Dajcie mi te okulary!
Zespół z wózkiem nagle się zatrzymał. Ciągnący go z przodu pracownik nie zorientował się w porę i gdy wózek uderzył go w biodro, mężczyzna zaklął szarczyście. Drugi pomocnik szybko zaczął otwierać worek z ciałem. W żółtawym świetle latarń pojawiła się bladoniebieska twarz i cała głowa, z której asystent zdjął okulary i podał je Scottowi. Widziałam w swoim życiu mnóstwo ciał. Nie byłam jednak przygotowana na widok tego konkretnego ciała. Zachwiałam się i oparłam plecami o furgonetkę. Czyjaś silna ręka złapała mnie, podtrzymała i odciągnęła z tego miejsca. Spojrzałam w górę i dostrzegłam porucznika Halesa. Słyszałam jak przez mgłę, że coś do mnie mówi, ale nie potrafiłam zrozumieć ani słowa. Potrzasnęłam głową, próbując się obudzić z tego koszmaru. To nie mogła być prawda. Miałam wrażenie, że wszystko obok toczy się w zwolnionym tempie i z wyciszonym dźwiękiem. Pomocnicy koronera załadowali tymczasem wózek z ciałem do furgonetki. Przyglądałam się temu jak skamieniała, nie mogąc uwierzyć w to, co widziałam. Porucznik złapał mnie za łokieć, drugą ręką popchnął lekko w plecy. Nie miałam wyboru i posuwałam się zgodnie z jego wolą na sztywnych nogach jak kukiełka. Doprowadził mnie do swojego samochodu, bezwolnie pozwoliłam się posadzić na tylnym siedzeniu i zapiąć pasy bezpieczeństwa.
Musiałam mu podać swój adres, chociaż go nie pamiętałam. Pamiętałam jedynie, że gapiłam się bezmyślnie na mijane domy i powtarzałam sobie, że to musi być jakaś pomyłka.
Jake Pahlmeyer, mój kolega z wydziału, nie żył. Zginął w tej dziurze. Próbowałam zamknąć oczy i obudzić się z koszmaru. Wbrew logice nie chciałam o nic pytać porucznika. Dopóki nikt tego nie potwierdzi oficjalnie, to nie mogło być prawdą.
Rozdział 3.
Porucznik Hales zaparkował przed wejściem do Biltmore, wyciągnął mnie z samochodu i doprowadził do wejścia. Gdzieś wśród oparów mgły zapomnienia i niewiary zamajaczyła mi zatroskana twarz Angela, portiera.
– Co się stało, Rachel? – spytał, odbierając mnie od Halesa.
– Miała ciężki wieczór – odparł zwięźle Hales.
– Sam się nią zajmę. – Angel spoglądał na niego oskarżycielsko.
Nie miałam siły, by mu tłumaczyć, że porucznik nie miał z tym nic wspólnego. W milczeniu wsiedliśmy do windy.
Doprowadził mnie do mojego pokoju. Chciałam mu podziękować, ale nie pamiętam, czy zdołałam cokolwiek wykrztusić. Wiem tylko, że kiedy zamknęłam za nim drzwi, wyciągnęłam butelkę wódki Russian Standard Platinum, którą dostałam od kogoś już dawno temu i nalałam sobie solidną porcję.
Potem gapiłam się w telewizor. Zastanawiałam się, czy coś już przeciekło, może powiedzą w wiadomościach? Uświadomiłam sobie, że nie chcę wiedzieć. I nie potrafiłam się zmusić, żeby zadzwonić do Toni o pomoc. Może rozmawiając z nią, uwierzyłabym w realność tego wszystkiego. Teraz marzyłam jedynie o zapomnieniu. Dokończyłam drinka i nalałam sobie kolejną porcję. Powtarzałam ten rytuał, dopóki nie urwał mi się film.
Rano nie wydawało mi się to już takim dobrym pomysłem. Obudziłam się z potwornym kacem, od razu wiedziałam, że to nie będzie dobry dzień. Jęcząc, zwlekłam się z łóżka i doczłapałam do łazienki. Po prysznicu poczułam się lepiej. Zadzwoniłam do room service i zamówiłam śniadanie. Oprócz tradycyjnej kawy z mlekiem poprosiłam o prawdziwą jajecznicę i bajgla zamiast zwyczajowych duszonych pomidorów z samym białkiem z jajek. Pieprzyć dietę. Potrzebowałam czegoś konkretnego.
Jedząc, gapiłam się w ciemny ekran telewizora i bałam się go włączyć. Ciekawość jednak wzięła górę i sięgnęłam po pilota. Na żadnym kanale, sprawdziłam wszystkie po kolei, nie znalazłam ani wzmianki o wczorajszych wydarzeniach. Zadrżałam. To było naprawdę dziwne. Wyłączyłam telewizor i napawałam się ciszą. W moim obecnym stanie im mniej hałasu, tym lepiej.
Brak jakiejkolwiek wzmianki w telewizji sprawił, że wydarzenia z poprzedniego wieczoru stały się surrealistyczną wizją.
ostanowiłam porozmawiać z Toni. Szybko dopiłam kawę i wyszłam na balkon, aby sprawdzić, jak jest na dworze. Owinęłam się puszystym szlafrokiem, ale i tak dostałam gęsiej skórki od porannego chłodu. Ciemne niebo oznajmiało, że wczorajsze chmury nie zamierzały się poddawać. Ubrałam się w szare wełniane spodnie z gabardyny, czarny sweter z golfem i czarne kozaczki na niskim obcasie. Postanowiłam zabrać ze sobą rewolwer .357 Smith & Wesson zamiast poręcznej beretty. Po tym, co zobaczyłam zeszłego wieczoru, uznałam, że finezja musi ustąpić miejsca sile ognia. Zabrałam teczkę i owinęłam się czarnym kaszmirowym szalem. Była to jedyna pamiątka, jaką sobie zostawiłam po ostatnim nieudanym romansie. Podeszłam do windy i nacisnęłam przycisk. Starałam się nie podskoczyć na dźwięk dzwonka, kiedy się zatrzyma.
Szybkim krokiem przeszłam sześć bloków dzielących mnie od biura, dzięki czemu udało mi się nieco przyćmić huczenie w skroniach. Kiedy zbliżyłam się do wykrywacza metalu przy portierni, zdałam sobie sprawę, że cały czas zaciskam dłoń na kolbie rewolweru. Pokazałam ochroniarzowi odznakę i weszłam do środka. Podbiegłam do otwierającej się windy i jakoś przetrzymałam te niekończące się postoje na każdym piętrze w drodze do biura. Wklepałam kod wejściowy do wydziału i uświadomiłam sobie, że zaraz znajdę się tuż obok pokoju Jake’a. Myślałam, że będzie już zaplombowany taśmą policyjną, ale chyba było jeszcze za wcześnie. Nie wytrzymałam, poczułam łzy w oczach. Zamrugałam, żeby je jakoś powstrzymać i poszłam w stronę pokoju Toni.
– Puk, puk – szepnęłam chrapliwie, wiedząc, co odgłos pukania w drewno może uczynić z moją głową. Toni pracowała na komputerze i usłyszawszy mnie, odwróciła się.
– Rany Julek, dziewczyno! – wykrzyknęła. – Wyglądasz okropnie. To była bardzo udana czy bardzo nieudana noc?
Zwaliłam się na metalowe krzesło przed jej biurkiem. Niebo zdążyło pociemnieć jeszcze bardziej i na szybach pojawiły się pierwsze krople deszczu. Nabrałam powietrza i powoli je wypuściłam, próbując wykrztusić słowa, w które sama jeszcze nie wierzyłam.
– Toni – zaczęłam, i znów się zacięłam, bo poczułam w gardle wielką gulę.
– Kotku, co z tobą? – zaniepokoiła się. – Dobrze się czujesz?
– Chodzi o Jake’a. Nie żyje.

