Jakim człowiekiem był Władysław Anders? Polityk, generał, dla wielu wzór poświęcenia w imię najwyższych idei. Zwycięski wódz spod Monte Cassino, który w drodze przez sowieckie łagry wycierpiał tyle samo bólu i upokorzeń, co jego żołnierze. Czerwone maki i biały koń niosący generała nabrały już charakteru symboli.
Z książki Marii Nurowskiej wyłania się także inne oblicze Andersa. Mężczyzny, któremu zabrakło odwagi, aby osobiście powiedzieć żonie, że po 25 latach wspólnego życia związał się z inną kobietą – artystką kabaretową w wieku ich córki. Przywódcy, którego plany nie zawsze były do końca przemyślane, co wielu jego podwładnych kosztowało życie. Polityka niezbyt dobrze znającego się na ludziach, o czym najdobitniej świadczy jego zaufanie do generała NKWD – Żukowa.
Autorka nie odmawia Andersowi wielkości, nie tworzy jednak pomnika. Dokumentując biografię listami i wspomnieniami znających go osób, dąży do wydobycia prawdy o nim we wszystkich aspektach jego życia. Maria Nurowska wielokrotnie udowodniła w swoich powieściach, że potrafi przykuwać uwagę czytelnika. Także i tutaj wykorzystywana przez nią technika zmiany perspektywy nie tylko nie pozwala się znużyć, ale również nadaje książce wiarygodność.
Anders, generał polskich nadziei, mówiono o nim. Mojżesz, który wyprowadził swój lud z domu niewoli, wybitny talent wojskowy, stworzony do dowodzenia. Jednym spojrzeniem potrafił rozbroić rozmówcę, nawet gdy tym rozmówcą okazywał się generalissimus Stalin. Istniało takie przekonanie, że Stalin miał do Andersa słabość, do czasu oczywiście... Ale zachowały się też o Generale opinie przeciwne – że zabrakło mu talentu politycznego i nie potrafił wykorzystać sukcesów militarnych 2. Korpusu, a swoimi niefortunnymi wypowiedziami zraził do sprawy polskiej niedawnych sojuszników, którzy przestawali go traktować poważnie.
(...)
– On umiał uszczęśliwiać ludzi – powie po latach jeden z jego podkomendnych. – Był wielbiony przez kobiety, ale także przez podwładnych, jakby trzeba było, poszliby za nim w ogień... to był charyzmatyczny dowódca...
Być może uszczęśliwiał ludzi, a nawet niejednemu uratował życie, wyciągając ze stalinowskich łagrów, jednak swoim najbliższym potrafił sprawiać ból. Nie dlatego, że był złym człowiekiem. W pewnych sytuacjach przejawiał słabość, żeby nie powiedzieć, tchórzostwo. Nikt nie jest monolitem i wielu popełnia błędy, chodzi tylko o to, czy wyciąga się z nich odpowiednie wnioski. Rodzinie generała Andersa przyszło na to czekać całe dwadzieścia lat.
(...)
Anders postanawia nie zmieniać planów i decyduje się wyruszyć na południe. Jest przekonany, iż na granicy węgiersko – rosyjskiej został utworzony przyczółek, liczy na sojusz wojskowy z Rumunią, a także na pomoc ze strony Węgier, z którymi Polska zawsze pozostawała w przyjaznych stosunkach.
26 września on i jego żołnierze dostają się w strefę działań sowieckich, z samolotów z pięcioramienną gwiazdą na skrzydłach, niczym złowróżbne ptaki, spadają na polskie ziemie chmary ulotek, jedną z nich któryś z żołnierzy przynosi Generałowi.
Rzołnierze Armii Polskiej!
Pańsko – burżuazyjny Rząd Polski, wciągnąwszy Was w awanturystyczną wojnę, pozornie przesiedliło się. Ono okazało się bezsilnym rządzić krajem i zorganizować obronu. Ministrzy gienerałowie, schwycili nagrabione im złoto, tchórzliwie uciekli, pozostawiając armię i cały lud Polski na wolę losu.
Armia Polska pocierpieła surową porażkę, od którego ona nie oprawić wstanie się. Wam, waszym żonom, dzieciom, braciom i siostrom ugraża głodna śmierć i zniszczenie.
W te ciężkie dni dla Was potężny Związek Radziecki wyciąga Wam ręce braterskiej pomocy. Nie przeciwcie się Robotniczo – Chłopskiej Armii Czerwonej. Wasze przeciwienie bez kożyści i przyrzeczono na całą zgubę. My idziemy do Was nie jako zdobywcy, a jako wasi braci po lasu, jako wasi wyzwoleńcy od ucisku obszarników i kapitalistów.
Wielka i niezwolczona Armia Czerwona niesie na swoich sztandarach pracującym, braterstwo i szczęśliwe życie.
Rzołnierze Armii Polskiej! Nie proliwacie doremnie krwi za cudze Wam interesy obszarników i kapitalistów.
Was przymuszają uciskać białorusinów, ukraińców. Rządzące koła Polskie sieją narodową rużność między polakami, białorusinami i ukraińcami.
Pamiętajcie! Nie może być swobodny naród, uciskające drugie narody. Pracujące białorusini i ukraińcy – Wasi pracujące, a nie wrogi. Razem z nimi budujcie szczęśliwe dorobkowe życie.
Rzucajcie broń! Przechodźcie na stronę Armii Czerwonej. Wam zabezpieczona swoboda i szczęśliwe życie.
Naczelny Dowódca Białoruskiego Frontu
Komandarm Drugiej Rangi
17 września 1939 r
Michał Kowalow
Anders podejmuje próbę pertraktacji z Sowietami, aby bez walki przepuszczono jego wojsko do południowej granicy Polski. Myśli o przejściu na Węgry i w tym celu wysyła do dowództwa sowieckiego swojego najlepszego oficera rtm. Stanisława Kuczyńskiego, który niestety wraca z niczym, pobity i doszczętnie obrabowany. Ledwo udaje mu się ujść z życiem.
Sowieci otwierają ogień artyleryjski, rozpoczynają się ciężkie walki, do Generała dociera straszna prawda, że nie stworzono żadnego przyczółka na pograniczu węgiersko – rumuńskim i w tej sytuacji przebicie się z regularnym wojskiem za granice jest raczej niemożliwe .Dopiero po wojnie dowie się, iż przyczółek taki powstał na linii Dniestru, ale wkroczenie Sowietów na jego tyły, zamknęło tę drogę.
Tymczasem pierścień wojsk sowieckich zaciska się. Wyglądało to, jakby nastawili się oni głównie na wyłapywanie oddziałów polskich. Generał postanawia, iż jego żołnierze będą przedzierać się na południe w małych grupach, sam z kilkunastoma oficerami i szeregowcami stara się pod osłoną nocy przejść pomiędzy oddziałami sowieckimi, w niektórych miejscach to kwestia około stu metrów. 28 września Generał i jego ludzie zatrzymują się w lesie, zamierzając rano iść dalej, ale Sowieci okrążają ich ze wszystkich stron. Gęsty las i bagna uniemożliwiają jazdę konno, pozostawiają więc konie, dalej przedzierając się pieszo. W pobliżu wsi Zastówka zostają zaatakowani przez żołnierzy rosyjskich i partyzantów ukraińskich. Zaczyna się strzelanina, a nawet walka wręcz.
Generał zostaje ciężko ranny. Silnie krwawi rana w biodrze, odłamek utkwił też niebezpiecznie w okolicy krzyża. Czując, że opada z sił, wydaje rozkaz swoim ludziom, aby pozostawili go i szli dalej. Nie było o tym mowy, towarzysze broni nieśli go dłuższy czas na rękach, wywiązał się jednak krwotok i dalszy marsz z tak ciężko rannym okazał się niemożliwy. Zapada ostateczna decyzja: oddział przedziera się na Węgry, dowódca pozostaje, jako niezdolny do walki.
– Panie Generale – salutuje przed leżącym na ziemi Andersem ułan Tomczyk – pan generał może mnie kazać zastrzelić, ale ja się stąd nie ruszę, nie zostawię pana samego... toż to czysta śmierć.
– Tomczyk, śmierć tak czy tak, a ty możesz jeszcze przydać się ojczyźnie.
– Pan Generał bardziej się przyda – odpowiada uparty ułan, nie wiedząc pewnie, że są to prorocze słowa.
Z Andersem pozostaje jeszcze rotmistrz Kuczyński, jego zaufany oficer.
Szukają ratunku we wsi, która nosi nazwę Jasionka Stasiowa. Ludność ukraińska natychmiast zawiadamia milicję i oddziały sowieckie. Generał i dwaj jego wierni żołnierze zostają pod eskortą odstawieni do Starego Sambora, do dowództwa Czerwonej Armii...
17 września jedna ze zrzucanych przez Sowietów ulotek upadła pod nogi córce Andersa, Annie. Podniosła, przeczytała: „Rezać Lachów”. To był moment strasznego osamotnienia, lęku, niepewności, co dalej. Zrozumiała, że nie może podróżować konno, w bryczesach i długich butach, bo daleko tak nie ujedzie. Przebrała się, zawiązała po wiejsku chustkę na głowie i puściła Donnę wolno:
– Idź, kochana, idź – powiedziała czując łzy w gardle – ktoś się tobą zaopiekuje...
Ale klacz odchyliła łeb w jej stronę i spojrzała na nią swoimi wilgotnymi oczami . Anna poklepała ją po szyi.
– Idź, kochana– powtórzyła.
Tym razem klacz ruszyła przed siebie, obejrzała się jednak kilka razy. Tak ją Anna zapamiętała. Idącą wolno, z opuszczonym łbem.
Wmieszała się w tłum uciekinierów, a potem trafiła do dworu Potockich, gdzie przyjęto ją bardzo serdecznie, mogła się umyć, została nakarmiona. Zapadła potem w kamienny sen. Obudziły ją krzyki. Podobno polski oddział spalił ukraińską wieś i Ukraińcy w odwecie idą ich tutaj zamordować. Stara pani Potocka, jak postać z Grottgera, siwy warkocz, w ręku krucyfiks...Ksiądz odprawia mszę, oni wszyscy klęczą, niektórzy głośno się spowiadają i dostają rozgrzeszenie in articulo mortis. A Anna...klęczy wraz z innymi, ale milczy. I nagle wydaje jej się, że słyszy rżenie Walkirii, klaczy swojego męża. Chyba zwariowałam – myśli, ale za chwilę wchodzi on we własnej osobie, a za nim ludzie z jego oddziału. Przytula się do niego. W nocy leżą obok siebie, żadne z nich nie mówi ani słowa. Rano pożegnanie. Od Romanowskiego Anna dowiaduje się, że jej ojciec jest w szpitalu we Lwowie.
W Starym Samborze zaprowadzono Andersa do dowódcy armii, Tulieniewa, przy jego przesłuchaniu obecnych było co najmniej dwudziestu oficerów. Sowiecki dowódca od razu postawił Generałowi zarzut, że się nie poddał, stawiał opór i w związku z tym naraził ich na straty w ludziach i sprzęcie. „ Armia Czerwona, która po przyjacielsku weszła do Polski, by ratować lud od panów i kapitalistów straciła 18 czołgów i wielu żołnierzy!”
– Ale to wyście złamali traktat – bronił się Generał.
– Związek Sowiecki ma swoją politykę – odrzekł na to Tiuleniew.
Rany Generała krwawiły, więc dowódca armii przychylił się do jego prośby, aby odstawić go do szpitala do Lwowa. Po drodze był szpital w Stryju, gdzie Andersowi założono prowizoryczne opatrunki, nazajutrz rano podjechał tam autobus z grupą polskich oficerów, pod silną eskortą, i Generał do nich dołączył.
1 października po południu autobus z rannym i więźniami wjechał do Lwowa.
Pierwszy przystanek zarządzono przy hotelu George, gdzie „chodzący” koledzy Generała mogli zaopatrzyć się w chleb. Łamali ten chleb, dzieląc się nim sprawiedliwie. Generał odebrał to jako dobry znak, na co wskazywałyby następujące po sobie wypadki. Dowódca eskorty ani myślał pozostawiać Andersa w jakimkolwiek szpitalu. Stwierdził, że „władza Tiuleniewa tutaj nie sięga” i autobus wyruszył w kierunku na Tarnopol, ale na rogatkach miasta coś zazgrzytało w silniku, po czym sfatygowany pojazd się zepsuł. Po długich naradach telefonicznych eskorta zdecydowała się zawrócić do bazy, aby wymienić autobus na bardziej sprawny. Więźniów zamknięto na noc w ciasnym pomieszczeniu, gdzie Generał zasłabł z ran i upływu krwi. Jego wierny ordynans Tomczyk wszczął alarm i w końcu zdecydowano, żeby rannego przewieźć do szpitala. Z braku wolnych łóżek, wożono go po całym mieście, aż znalazło się miejsce w szpitalu wojskowym na Łyczakowie. Wierny Tomczyk pozostał z Generałem, a ich współpasażerowie udali się w dalszą, przymusową podróż, wszyscy oni zginęli potem w Katyniu...
Nie mogła uwierzyć, że to jest to samo miasto, które pamiętała sprzed wojny. Piękne, czyste, pełne kwiatów miasto, i ludzie na ulicach, przyjaźni, uśmiechający się do siebie. Teraz nikt do nikogo się nie uśmiecha. Prawie nie ma przechodniów, za to są długie kolejki przed sklepami z żywnością. Na chodnikach dużo szkła z powybijanych wystaw, zwały brudnego śniegu, którego nikt nie sprząta. Zanim udaje jej się dotrzeć do szpitala na Łyczakowie, w którym leży ojciec, mija patrole sowieckie, żołnierze idą po trzech, po pięciu, z pepeszami gotowymi do strzału.
Okropnie wrażenie.
W szpitalu niespodzianka, obok łóżka ojca zastaje matkę i Jurka, młodszego brata. Ojciec wygląda bardzo mizernie, stara się uśmiechnąć.
– Jak się miewasz Pepito?
Nie podejmuje jego tonu, nie nazywa go Don Fernandem.
Rodzice Anny mają nadzieję, że ojcu uda się uniknąć dalszego więzienia, uznano wszak jego kontuzje za trwałe inwalidztwo. Szczególnie ten odłamek w krzyżu, którego nie dało się usunąć. Będzie go odczuwał do końca życia, często gdy ten okruch żelastwa się przemieści, paraliżujący ból uniemożliwi mu wstanie z łóżka, ale obowiązek doglądania go w takich chwilach przypadnie nie tej, która warowała przy nim w szpitalu we Lwowie, ale tej drugiej, o trzydzieści lat młodszej od obojga, małżeństwo Andersów było niemal w tym samym wieku.
Ojciec Anny nawet znalazł się w pociągu dla jeńców, których w Przemyślu mieli przejąć Niemcy, liczył, że być może ze względu na przyznaną mu kategorię inwalidztwa uniknie obozu, ale się przeliczył, bowiem Sowieci niemal w ostatniej chwili odłączyli od transportu wszystkich oficerów. I znowu więzienie. Traktowano tam Andersa niezwykle brutalnie, opowiadał, że kiedy był prowadzony po schodach, któryś ze strażników specjalnie go potrącał, a on nie mogąc utrzymać się na kulach, spadał głową w dół. I tak na każdym piętrze. Potłuczonego, z nie do końca zasklepionymi ranami, trzymano go w celi bez szyb. Na zewnątrz było poniżej 30 stopni Celsjusza , a on leżał na sienniku na cemencie, w cienkim drelichu, gdyż odebrano mu ubranie. W tym pomieszczeniu spędził osiem tygodni, ropa sącząca się z ran zamarzała, tworząc na jego ciele twardą skorupę, ale przetrzymał to wszystko, miał żelazny organizm.
W tym czasie żona szukała go po więzieniach, wszędzie zanosiła paczki, ale odpowiadano jej niezmiennie: takowo niet. Nie miała nawet pewności, czy jej mąż jest jeszcze w mieście, ale wtedy wydarzyło się cos zadziwiającego. Aby utrzymać się we Lwowie znalazła pracę w szwalni, gdzie z wyszabrowanych materiałów szyto konfekcję: czapki, nauszniki, rękawice. Któregoś dnia wracając do domu, czy też wlokąc się noga za nogą, po kilkunastu godzinach ślęczenia przy maszynie, zobaczyła kolejkę i wiedziona jakimś impulsem stanęła na jej końcu, jak się okazało po cukier. Z torbą cukru pod pachą, przyłączyła się potem do innej kolejki, tym razem po kiełbasę, mimo że na coś takiego jak wędliny nie bardzo mogła sobie pozwolić. Wracając z tymi zdobyczami do domu była mocno sobą zdziwiona. Wkrótce do drzwi zapukała nieznajoma kobieta, ubrana w habit zakonny i podała jej skrawek papieru, który okazał się grypsem od męża:
„Kochana, myślę tylko o Tobie. Prześlij cukier i kiełbasę. Twój kochający Władek”.
Wybiegła za zakonnicą, chcąc ją wypytać, skąd ten list znalazł się w jej ręku, ale tamta jakby zapadła się pod ziemię. Mimo zimna, w cienkiej sukience Andersowa dobiegła aż do rogu ulicy: było ciemno i pusto. Gdyby nie ten dowód, świstek papieru, na którym mąż nakreślił kilka słów, mogłaby sądzić, że jej się to wszystko przywidziało. Ale przecież były jeszcze niezrozumiałe w jej sytuacji zakupy: kilogram cukru i pęto kiełbasy!
Więc znowu wędrówka po więzieniach i znajome: takowo niet.
A jednak Władysław był gdzieś w tym mieście, bezbłędnie rozpoznała jego charakter pisma. Zrozumiała, że musi działać, nie wolno jej załamywać rąk. W swojej desperacji dotarła do prokuratora wojskowego, urzędującego w Hotelu Francuskim.
– Jestem żoną generała Andersa – zaczęła ostro – wiem, że go więzicie, ale wszędzie odsyłają moje paczki. Mam chyba prawo wiedzieć, gdzie przebywa mój mąż!
Prokurator, mocno zaskoczony jej wtargnięciem, sięgnął jednak po akta, chwilę je studiując.
– Jest taki u nas – odrzekł – czeka go sąd.
– Będziecie go sądzić za to, że jest Polakiem?
Chwilę mierzyli się wzrokiem, Rena opowiadała potem, że była tak wściekła, iż przestała się bać. Tylko jedno ją wtedy obchodziło: gdzie jest Władysław.
– Będzie sądzony za przestępstwa przeciw władzy sowieckiej. Ale jak chcecie mu pomóc, weźcie adwokata – cedził słowa Rosjanin –. Prywatnie, obcym adwokat z urzędu nie przysługuje.
Obcym– pomyślała – kto tu jest obcy w tym mieście!
Zdawała sobie sprawę, że cały „ten sąd”, jak się wyraził prokurator, będzie jedną komedią, ale gdyby znalazł się odpowiedni prawnik, być może coś by to dało. Przyszedł jej na myśl mecenas Landau, który przed wojną bronił za darmo komunistów, w związku z tym teraz mógł czuć się bezpiecznie.
Poczekalnia była pełna ludzi, przekazała więc przez kogoś swoją wizytówkę. Adwokat natychmiast poprosił ją do gabinetu.
– Czy pan mecenas podejmie się obrony mojego męża? – spytała.
– Jak mógłbym odmówić obrony takiego człowieka, jak generał Anders – odparł.
– Ale ja nie będę mogła panu zapłacić.
Machnął tylko ręką.
Jednakże nie miał dla niej dobrych wiadomości. Andersa odesłano do Moskwy.
– Czy pan mecenas jest tego pewien?
– Jak mnie tu pani widzi. Upomniała się o generała centrala Narodnowo Komissariata Wnutriennich Dieł.
A więc dalszy jej pobyt w tym mieście tracił sens, postanowiła iść po śladach dzieci, Jurka oraz Anny i jej męża, który uciekł z transportu niemieckiego i odszukał ich we Lwowie – i przedostać się przez zieloną granicę do Warszawy. Spotkali się w mieszkaniu na Niepodległości. Wtedy chyba po raz pierwszy znalazły się tak blisko, matka i córka. Anna była trudnym dzieckiem, zamiast bawić się lalkami, łaziła po drzewach, miała wiecznie poobijane kolana i to bardzo martwiło jej matkę. Teraz porozumiały się jako dwie dorosłe kobiety. Połączył je niepokój o los najbliższych, nie wiadomo było, co się dzieje z Generałem, mąż Anny, Janek zaangażował się po uszy w konspiracji. To na Andersowej spoczął teraz ciężar utrzymania rodziny. Romanowski był praktycznie nieobecny, Anna spodziewała się dziecka, a Jurek był jeszcze niedorostkiem, więc Rena została z tym wszystkim praktycznie sama, ale poradziła sobie, jak zawsze. Miała niezwykły talent organizacyjny i mnóstwo pomysłów, jeszcze na kresach chcąc wspomóc finansowo rodziny podoficerów, którym, co tu dużo mówić, nie przelewało się, założyła szwalnię. Szyło się tam tak zwane ranty, konieczne przy kołnierzach mundurowych koszul, należało je zmieniać dwa razy dziennie, a więc zapotrzebowanie było znaczne. Szwalnia świetnie prosperowała i przynosiła dochody. Żony podwładnych Andersa wynosiły ją pod niebiosa, nie wiadomo tylko, co na to ich mężowie, podobno niektóre nawet zbyt się usamodzielniły, nie chciały już być kurami domowymi i w kilku przypadkach zakończyło się to rozwodem.
Teraz Rena rozpoczęła pracę w gastronomii, w restauracji „ Fregata” połączonej z kawiarnią na ulicy Mazowieckiej, którą zarządzała jej dobra znajoma, żona pułkownika Dziakiewicza. Lokal stał się modny i bywała tu przedwojenna inteligencja, ziemianie, artyści, ludzie podziemia, którzy przy stolikach załatwiali swoje sprawy. Andersowa wracała zwykle do domu tak zmęczona, że od razu kładła się spać, nie miała nawet okazji porozmawiać z rodziną. Kiedyś córka zdążyła ją jednak spytać, jak jej się pracuje.
– Bardzo dobrze, tyle że pieniądze są z tego małe, chyba rozejrzę się za czymś innym.
– Masz coś na oku?
Uśmiechnęła się smutno.
– Co w tych czasach jest najbardziej chodliwym towarem?
– No...chyba broń... wszyscy teraz konspirują....
Matka skrzywiła się.
– Wódka, dziecko. Zamierzam wystąpić o koncesję spirytusową.
I otrzymała ją, nazwisko Andersa otwierało wiele drzwi, ludzie jak mogli starali się pomagać. Rena stała się jednym z głównych odbiorców wódek wyborowych w Łańcucie z protekcji samego Ordynata, ale po jakimś czasie swój wódczany sklepik wydzierżawiła, a sama zaczęła pracować w firmie warzywnej jako zaopatrzeniowiec. Potrzebny jej był ruch, a nie stanie za ladą. Bryczką zaprzężoną w parę koni jeździła po dworach i zamawiała dostawy pomidorów, kapusty, ogórków, a przy okazji spotykała ludzi ze swojego środowiska, zapraszano ją na obiady, na podwieczorki z czarną kawą i kieliszeczkiem domowej nalewki. To była namiastka dawnego życia, gdyby nie niepokój o męża, wcale by nie narzekała...
Mecenas Landau miał dobre informacje, generał Anders został przewieziony ze Lwowa do Moskwy, początkowo więziono go na Łubiance, gdzie poddawany był długotrwałym przesłuchaniom, potem został odstawiony na Butyrki i kilka miesięcy przesiedział w osobnej celi. Nie wzywano go tutaj na przesłuchania, ale nieznośne było światło wyjątkowo silnej żarówki, która paliła się w dzień i w nocy, nie można było od tego uciec, ropiały mu oczy, cierpiał na silne bóle gałek i zaczynał się obawiać, że może od tego oślepnąć. We wrześniu 1940 roku z powrotem znalazł się na Łubiance. To cieszące się ponurą sławą więzienie mieściło się w centrum miasta, w odpowiednio przerobionym dawnym hotelu. Po poprzednich doświadczeniach więziennych Generałowi mogło by się wydawać, iż to naprawdę hotel. Najważniejsze, że cele były opalane i nie było tu robactwa.
Rozmawiać pozwalano tylko szeptem, wyjścia do ubikacji i terminy posiłków uregulowane jak w zegarku. Co chwila dozorca zaglądał przez okienko w drzwiach, tzw. judasza. Raz na 10 – 12 dni przychodził fryzjer z maszynką i strzygł, a właściwie wyrywał włosy z brody. Raz na 10 – 12 dni można było dostać do celi kilka książek do czytania, co okazało się dla Generała bardzo pożyteczne, bo z konieczności zapoznał się z dziełami Lenina, Stalina i innych czołowych bolszewików, poznał ich sposób myślenia i co najważniejsze metody ich postępowania. Bardzo mu to pomogło przy późniejszych negocjacjach z władzami ZSRR.
Współwięźniowie natychmiast go poinstruowali, jak należy się tu zachowywać. Po pierwsze nie okazywać strachu, gdy śledczy będą dowodzili, że wszystko wiedzą o aresztowanym, a ta ich wiedza wystarcza, aby postawić go pod stienku, po drugie niczemu nie dawać wiary, bo w dzisiejszej Rosji nikt nie mówi prawdy, po trzecie przyznać się do wszystkiego, bo w ten sposób uniknie się tortur. Ale Anders postanowił się nie przyznawać, chociaż przesłuchiwano go całymi nocami, a często także w dzień, więc pozbawiony snu miewał halucynacje. Tego się najbardziej obawiał, że tracąc kontrolę nad swoim umysłem, może zdradzić jakieś tajemnice. Wypytywano go o podziemne organizacje Lwowa, żądano wiadomości o prominentnych osobach II Rzeczypospolitej, o ich obecnym miejscu pobytu, interesowano się nawet tym, kto przychodził do niego do szpitala.
Anders zapamiętał dość humorystyczny szczegół w czasie tych przesłuchań. Dzwoni telefon, śledczy podnosi słuchawkę.
– Kto taki? Liarus? – wypytuje, po czym przykrywa słuchawkę dłonią i pyta Generała:
– Znacie jakiegoś Liarusa? To podobno wasz znajomy.
– Nie znam – odpowiada Anders – chyba, że chodzi o Larousse'a, autora encyklopedii popularnej na całym świecie...
Śledczy mierzy Generała wzrokiem, czy przypadkiem z niego nie kpi, ale dochodzi do wniosku, że chyba nie, bo mówi do słuchawki:
– Cóż ty, głupi, nie wiesz, że Liarus napisał encyklopedię!
Generał był zaskoczony drobiazgową wiedzą tych ludzi na swój temat. Pokazywali mu jego dossier, gdzie odnalazł szczegółową dokumentację dotyczącą przebiegu jego kariery wojskowej, a także życia prywatnego. Były tam między innymi fotografie z jego pobytu na olimpiadzie w Amsterdamie i konkursach w Nicei.
Przesłuchujący go bez zażenowania oświadczali: Związek Sowiecki ma długie ręce, dysponujemy podobną wiedzą o wojskowych i politykach na całym świecie.
Uderzała też w tych rozmowach wyjątkowa nienawiść jego prześladowców do Anglików, przed Niemcami zaś odczuwali respekt, być może dlatego, że w imperium rosyjskim wielu Niemców sprawowało władzę, nie mówiąc o carskiej rodzinie, a poza tym w poprzedniej wojnie Niemcy byli pogromcami Rosjan i wyraźnie ich lekceważyli. Było nawet takie powiedzenie, że Rosjanie czują największy respekt przed podeszwą buta...
Anders uważał, że prędzej czy później ta przyjaźń szakala z tygrysem się skończy i wystąpią przeciwko sobie, w czym upatrywał ratunek dla Polski. I nie pomylił się. Hitler wypowiedział Stalinowi wojnę....
4 sierpnia 1941 roku otworzyły się drzwi celi i strażnik spytał:
– Kto tu na literę A?
Prowadzą Generała po schodach, potem jadą windą, nikt na niego nie krzyczy, nikt go nie popycha. Wreszcie jakiś gabinet, elegancki, dywany, wyściełane meble, zza biurka podnosi się dwóch cywilów, jeden pękaty, łysawy w okularach.
– Pan będzie łaskaw usiąść – wskazuje mu krzesło ten pękaty.
– Z kim mam przyjemność? – pyta Anders.
– Jestem Beria.
– A ja Mierkułow – przedstawia się ten drugi. – Może herbaty?
– Może papierosa? – usłużnie podchwytuje Beria.
Generał milczy długą chwilę.
– Czy jestem więźniem?
– Jest pan wolny – pada odpowiedź.
– Wobec tego poproszę o mocną herbatę i papierosa...
Anders wyszedł na wolność i otrzymał od Rosjan do dyspozycji czteropokojowe mieszkanie oraz asystę w osobie kucharza Iwana Wasiliewicza i pokojówki Maruszki. Stół zastawiony: szampan, koniak, wina czerwone i białe do tego zakąski, łosoś, kawior.
Na ten widok przypomniało mu się, jak jego współwięźniowie rozmawiali o jedzeniu, to były marzenia o golonce, o kołdunach w rosole, o pieczeni baraniej, on wymieniał zawsze jajecznicę na szynce.
I takie polecenie dał teraz kucharzowi:
– Jajecznica z jednego jajka i kawałek szynki.
Do końca pobytu w Moskwie nie mógł pozbyć się wrażenia, że jest nadal obserwowany, jak w więziennej celi. W nocy zamykał się na klucz, w dzień godzinami przesiadywał na balkonie i obserwował życie moskiewskiej ulicy.
Poczynił taką uwagę, że idący chodnikiem ludzie powłóczyli nogami, szli jakby bez celu, mieli złe, zamknięte twarze, bez cienia uśmiechu, to samo dotyczyło dzieci, zwykle przecież radosnych i rozbrykanych.
Wożono go do parku rozrywki, ale i tam ludzie mieli ten jednakowy, milczący wyraz twarzy. I nie było to skutkiem wojny, to był jakiś smutek zastarzały, tuż porewolucyjny.
„Prowadzący” Andersa pułkownik zawiadomił go, że część polskich oficerów jest już na wolności, a o przybyciu polskiej misji wojskowej z gen. Bohuszem– Szyszko na czele, dowiedział się z gazet. Na widok polskiego munduru i polskiego orzełka Generał o mało się nie popłakał. Szyszko musiał mu przez wiele godzin opowiadać, co się działo od września 39 roku. Powiadomił go też o umowie polsko– sowieckiej z 30 lipca 1941 roku i o zamiarach stworzenia Armii Polskiej w ZSRR. Anders nie sądził wtedy, że to on stanie na czele tej armii i będzie Mojżeszem przeprowadzającym swoich rodaków przez morze krwi...
Na razie był sam, dowódca bez armii. Ale stopniowo zaczęli wychodzić z więzień inni oficerowie. O niektórych trzeba było staczać boje z NKWD, między innymi dotyczyło to późniejszego adiutanta Andersa i wiernego przyjaciela do końca życia Eugeniusza Lubomirskiego.
„ Pupuś” Lubomirski był twardym orzechem do zgryzienia nawet dla Sowietów, nie złamał go łagier, gdzie pracował w nieludzkich warunkach, nie złamały kolejne więzienia, zawsze musiał mieć ostatnie słowo i, co było zadziwiające, jego prześladowcy w końcu rezygnowali.
Lubomirski wylądował w łagrze w styczniu 41 roku z wyrokiem ośmiu lat, w dwa dni po rozpoczęciu wojny sowiecko – niemieckiej, rano w jego baraku zjawiło się dwóch oficerów NKWD i wywoławszy jego nazwisko zabrali go do aresztu. Tam dowiedział się, że jest szpiegiem niemieckim i będzie oskarżony z tego to a tego paragrafu kodeksu karnego.
– Na jakiej podstawie mnie oskarżacie? –spytał
– A na takiej, że ty w czterdziestym roku powiedziałeś w Kijowie, że Niemcy na nas napadną. Skąd ty to mogłeś wiedzieć?
Można się było tylko roześmiać, ale biednemu więźniowi nie było wcale do śmiechu. Tutaj wykonywano wyroki śmierci na podstawie bardziej niedorzecznych zarzutów. Razem z nim w celi siedział warszawski taksówkarz, od którego Lubomirski dowiedział się, że była jakaś umowa zawarta pomiędzy Sikorskim a Stalinem, wszyscy deportowani Polacy mają być zwolnieni. Nie omieszkał wykorzystać tej informacji podczas kolejnego przesłuchania.
– Skoro nasi wodzowie się dogadali, dlaczego mnie tutaj trzymacie? – spytał.
– To dotyczy tylko tych, którzy zostali wywiezieni w latach 1939 –1940, a ty odpowiadasz za przestępstwo popełnione już u nas, ty jesteś „germanskij szpion” za co jest jedna kara – rozstrieł – padła odpowiedź.
Po powrocie do celi, zgnębiony, opowiedział o wszystkim swojemu towarzyszowi niedoli i prosił go, aby, jeśli wyjdzie pierwszy, zawiadomił polskie władze, co się z biednym „Pupusiem” dzieje. Nadzieja, że tak się stanie była dość nikła, ale poczciwy taksówkarz dostawszy się do Buzułuku, gdzie kwaterował sztab tworzącej się armii polskiej, opowiedział o wszystkim samemu generałowi Andersowi. Generał został już wcześniej powiadomiony o kilkunastu podobnych przypadkach i posiadał dokładne dane o przetrzymywanych osobach oraz miejscu ich pobytu. Co do Lubomirskiego, to wielu jego krewnych i utytułowanych przyjaciół w Anglii oraz w innych krajach Zachodniej Europy usiłowało mu jakoś pomóc, wiedzieli, że przebywa gdzieś na terenie Rosji, ale nie wiedzieli, gdzie dokładnie. Po zawarciu układu Sikorski – Majski do Moskwy drogą dyplomatyczną zaczęły napływać prośby o jego uwolnienie. Kilka lat po wojnie wpadł mu w ręce list jego kuzyna Antoniego Lanckorońskiego, który spędził wojnę w Szwecji. Lanckoroński proponował do wyciągnięcia go z Rosji wykorzystania wpływów „starego tenisisty na północy Europy”, mającego podobno jakieś wpływy na Kremlu. Tym „tenisistą” był oczywiście ówczesny król Szwecji Gustaw i naiwny krewniak sądził, że niemieccy spece od zaszyfrowanych wiadomości na to nie wpadną. Nic z tych wysiłków tak wielu ludzi nie wyszło i dopiero pomogła interwencja Andersa. Generał postanowił osobiście udać się do Moskwy i przedstawić Berii sprawę tych kilkunastu przypadków, między innymi Lubomirskiego. Beria wykręcał się jak mógł, tłumaczył , że Rosja jest na tyle dużym krajem, iż z pewnością wszystkie wymienione przez niego osoby są już na wolności, ale Anders nalegał, więc w końcu ten wezwał swojego sekretarza i podyktował mu treść depesz z poleceniem natychmiastowego wysłania ich do podanych przez generała więzień i łagrów. To poskutkowało. Lubomirskiego odstawiono na Łubiankę.
Tam znalazł się przed obliczem pana życia i śmierci setek tysięcy ludzi, wszechwładnego szefa NKWD Ławrentija Berii.
Zobaczył siedzącego za biurkiem człowieka średniego wzrostu, fizycznie wyraźnie mało pociągającego. Ani razu nie spojrzawszy na gościa, przekładając papiery, oświadczył, iż podpisał nakaz zwolnienia, a Lubomirski zawdzięcza to interwencji generała Andersa. Jest teraz wolny i może się udać do polskiej ambasady. Polecił jednocześnie wystawić dla niego „udostowierenie” (dokument zwolnienia) oraz wypłacić 174 ruble, aby nie wychodził na wolność bez grosza w kieszeni. Na tym audiencja była skończona, trwała zaledwie parę minut. Lubomirski powrócił z „prowadzącym” jego sprawę niejakim pułkownikiem Fiedoczkinem do jego gabinetu.
Tutaj wywiązała się między nimi następująca rozmowa:
– Panie pułkowniku – powiedział Lubomirski– nie opuszczę tak Łubianki, gdyż jak panu przedtem nadmieniłem, ja was dobrze znam i jeżeli się znajdę na ulicy w Moskwie z ogoloną głową i bez włosów gdziekolwiek na ciele, każdy milicjant mnie może zatrzymać jako podejrzanego o ucieczkę z łagru. I przepadnę i kto mi zagwarantuje, że będę uratowany.
Upierał się, że bez otrzymania od nich numerów telefonów na papierze oficjalnym, tak, aby po okazaniu tej bumagi milicjantowi, ten mógł do nich zatelefonować i upewnić się, że on to on, nie wyjdzie za bramę więzienia. Pułkownik przyjął jego żądanie dobrotliwie i uczynił zadość tej prośbie. Po wręczeniu świeżo uwolnionemu odpowiedniego dokumentu zaprowadził go osobiście do bramy wyjściowej i ściskając życzliwie jego dłoń objaśnił dokładnie, jak trafić do polskiej ambasady.
Ale nie było to ostatnie spotkanie Lubomirskiego z pułkownikiem Fiedoczkinem. Nazajutrz „Pupuś” poszedł do fryzjera, aby zgolić brodę i się ogólnie odświeżyć, co go kosztowało 70 rubli, po powrocie do ambasady dość bezczelnie wykorzystał numer telefonu otrzymany na Łubiance. Odebrał pułkownik i Lubomirski poskarżył mu się, że ze 174 rubli zostało mu niewiele ponad połowę, jednocześnie dodając, iż jest w posiadaniu wydanego mu w kijowskim więzieniu kwitu na zdeponowany złoty zegarek, papierośnicę i srebrną zapalniczkę i jeśli teraz NKWD te przedmioty zwróci, będzie mógł je sprzedać zyskując w ten sposób trochę gotówki.
– Czy mam po moją własność przyjść na Łubiankę? – spytał niewinnie.
– Niet, niet – wystraszył się jego rozmówca – niech pan lepiej tu nie przychodzi, spotkajmy się w Metropolu.
Lubomirski zjawił się w hotelu punktualnie, w holu już na niego czekał pułkownik Fiedoczkin i ostentacyjnie głośno powiedział:
– Gdie eta kwitancja, dawajtie.
Lubomirski podał mu kwit, tamten przyjrzał się temu i rzekł:
– To jest kwit z Kijowa.
– Kijów jest w Rosji, mogą wam te rzeczy dosłać.
– Ale tam są Niemcy.
– To po ich tam wpuszczaliście – odrzekł z pretensją Pupuś.
W końcu pułkownik zaproponował, że jeżeli Lubomirski zrzeknie się swoich roszczeń, wypłaci mu pięć tysięcy rubli. Poszkodowany przystał na to z zaznaczeniem, że nie będzie zgłaszał pretensji jedynie do rzeczy figurujących na kwicie, co pułkownik Fiedoczkin przyjął z niekłamaną ulgą. Już żegnając się Lubomirski zagadnął, czy tawariszcz pułkownik nie mógłby załatwić mu biletu do teatru „ Bolszoj”, bo nie chciałby opuszczać tego kraju nie zobaczywszy baletu, z którym żaden inny na świecie nie da się porównać.
– Eto można zdiełat – odpowiedział Rosjanin.
I tak to w loży stale zarezerwowanej dla NKWD niedawny więzień pełen zachwytu obejrzał „ Jezioro łabędzie” Czajkowskiego.
Po śmierci Andersa, na jakiejś uroczystości mu poświęconej, Wacław Zbyszewski, wypowiedział te słowa:
– Moim zdaniem Anders to najpopularniejszy po Piłsudskim wódz polski XX wieku. Porównałbym go z księciem Józefem. Jak książę Józef stał się on dla nas i dla świata symbolem wierności Polski swoim sprzymierzeńcom, pomimo wszystkich naszych zawodów i żalów. Dla wielu naszych wygnańców i katorżników w Rosji – generał Anders był prawdziwym Mojżeszem, który ich wyprowadził z domu niewoli...
Generał tak to opisał:
(...) w miarę tworzenia Armii napływali dziesiątkami tysięcy ze wszystkich stron bezkresnego obszaru ZSRR zwolnieni jeńcy, więźniowie i zesłańcy – stanowiący tylko cząstkę przeszło milionowej rzeszy wywiezionych – opowiadając o swoich przejściach i o losie swoich najbliższych, żywych jeszcze albo umarłych. Dotąd każdy z nas znał tylko dzieje własne i swoich współwięźniów albo wspólnie zesłanych. Odtąd zbierane, wymieniane i porównywane wiadomości złożyły się na tragiczną całość dwuletniej historii systematycznego ogołacania ziem polskich ze wszystkich żywiołów czynnych i społecznie wartościowych, bez względu na narodowość, klasę społeczną czy religię. Polacy, Ukraińcy, Białorusini, Litwini, Żydzi, właściciele ziemscy i chłopi, fabrykanci i robotnicy, oficerowie i szeregowi, sędziowie i kupcy, policjanci i księża, pastorzy i rabini, wszyscy wyrwani ze swoich domów i wchłonięci w olbrzymią machinę NKWD, w sowieckie więzienia i łagry. W ślad za aresztowaniami szła zsyłka przymusowa rodzin – w tym starców i dzieci wywożonych na pustynie Kazachstanu lub w syberyjskie tajgi. Moskwa wykonywała w ten sposób swój plan normalny „obezhołowienia” społeczeństwa ziem, nad którymi rozciągnęła władzę. Bo to „obezhołowienie”, czyli pozbawienie głowy, jest wstępnym warunkiem sowietyzacji narodu, a więc zrobienia zeń bezwolnej i bezkształtnej masy ludzkiej.(...)
Stając na czele powstającej w Rosji Armii Polskiej, Anders otrzymał błogosławieństwo naczelnego wodza, ale ich stosunki, aż do katastrofy gibraltarskiej układały się raz gorzej, raz lepiej, z przewagą na to „gorzej”. Czasami bywały wręcz bardzo napięte, a to za sprawą doradców Sikorskiego, którzy naszeptywali mu do ucha, iż hoduje sobie w Andersie konkurenta.
Zaczynało się nieźle, tuż po opuszczeniu Łubianki, Anders napisał niemal wiernopoddańczy list do generała:
Moskwa,14.VIII.1941
Wielce Szanowny i Kochany Panie Generale!
Kiedy po 3 ciężkich ranach leżałem w szpitalu Lwowskim, udało mi się uzyskać zezwolenie na wyjazd do Kraju przez Przemyśl. Stamtąd miałem zorganizowany przerzut przez Słowenię do Węgier, skąd miałem zamiar zameldować się Panu Generałowi w Paryżu. Niestety, w Przemyślu zostałem aresztowany razem z żoną. Do końca lutego byłem w więzieniu we Lwowie, następnie w Moskwie. Ogółem siedziałem 20 miesięcy, z czego 7 w pojedynczej celi. Warunki były okresami niewiarygodnie ciężkie fizycznie i moralnie. Robiono mi najrozmaitsze propozycje, które zmuszony byłem odrzucić. Opatrzności zawdzięczam, że się utrzymałem i nie załamałem. Opatrzności zawdzięczam, iż Pan Generał dzierży w ręku ster sprawy polskiej. Niewątpliwie jest też wyrokiem losu, że w obecnych warunkach jestem tutaj i mogę dołożyć swoją cegiełkę do zdobycia, odbudowy Kraju. Nie potrzebuję zapewniać Pana Generała, jak sobie cenię Jego zaufanie. Rad jestem, że rozumiem Pana Generała doskonale, podzielam całkowicie poglądy na sprawy. Zrobię wszystko by stopniowo przeprowadzić realizację i nie dać się niczemu zaskoczyć. Będę meldował jak najczęściej o przebiegu akcji. Z więzienia zostałem zwolniony 4 sierpnia i do tej pory stosunek władz najwyższych do mnie jest jak najbardziej przychylny. Jestem w ścisłym kontakcie i dzięki temu udaje mi się wpływać na załatwianie spraw. Osobiście odżywiam się teraz doskonale ( przez 20 miesięcy straciłem 14 kg.) i leczę się intensywnie. Z każdym dniem jest wielka poprawa. Będzie dobrze.
Miałem duże nieszczęście osobiste: na polu chwały poległ syn mojej żony, młodziutki ppor 15 p.ułanów, którego wychowałem od dziecka. Nie wiem czy córka i zięć są w Warszawie i w ogóle nic nie wiem o żonie.
Proszę przekazać dużo serdecznych wyrazów dla Pani i Zosi.
Proszę wierzyć Panie Generale, że oddam wszystkie swoje siły i myśli dla wspólnej sprawy. Łączę wyrazy mego szczególnego szacunku, poważania oraz wyrazy szczerej przyjaźni, którą się chlubię.
oddany Władysław Anders.
Wieść o tym, że Anders organizuje w Rosji polskie wojsko dotarła do Warszawy stosunkowo szybko, niestety wiedzę tę nabył także okupant, i o ile Niemcy tolerowali do tej pory rodzinę więzionego w Sowietach generała, o tyle w nowej sytuacji zaczynało jej grozić realne niebezpieczeństwo. Taką hiobową wieść przyniósł mąż Anny, Jan Romanowski. Zaczęło się pośpieszne pakowanie i wyprowadzka z rodzinnego domu, bo tak traktowali to czteropokojowe mieszkanie przy Niepodległości. Już do końca, do wybuchu powstania, musieli się ukrywać, a pomoc w tych zmianach adresów i gwałtownych wyprowadzkach nieśli im nieocenieni członkowie Arkonii. Można powiedzieć, że czuwali nad nimi niby niewidzialni Aniołowie Stróże. Nagle Anna odbiera telefon: Proszę wziąć dziecko i czekać na przystanku...
– Ale...
– Proszę tam być za dziesięć minut!
Więc zawija swoją córkę Ewę w kocyk i posłusznie maszeruje w stronę tramwaju, raz nawet było tak, że minęła się z gestapowcami na schodach, struchlała obserwowała jak rozbijają jej drzwi kolbami. Andersowa z synem Jurkiem opuściła już Warszawę, zamieszkali u rodziny Wilskich w Wilkowicach, oczywiście wiernych członków Arkonii, tam też pozostawiła córeczkę tuż przed wybuchem powstania, Anna. Jej drugi mąż Andrzej Nowakowski zrobił jej kiedyś wyrzut:
– Jak ty mogłaś zostawić takie małe dziecko i iść do Powstania, gdybyś zginęła, zostało by sierotą.
Musiała zrobić mu cały wykład na temat więzów pomiędzy męskimi i żeńskimi członkami ich rodziny. To szło tak na krzyż, matka o wiele bardziej była związana ze swoimi synami – Maćkiem z pierwszego małżeństwa i Jurkiem, jej oczkiem w głowie. Ona zaś była oczkiem w głowie swojego ojca, to on stanowił centralną postać jej dzieciństwa i widocznie od niego przejęła wszystkie ideały z tym naczelnym: wierności ojczyzny. Uważała, że to jej pierwszy obowiązek, bo ojciec tak uważał. Zresztą nie tylko on, jej ukochany Janek też. W czasie powstania był szefem sztabu Śródmieście– Północ, miał pseudonim „ Major Wola”, jego oddział stoczył najcięższe walki odbijając kościół Św. krzyża. Nie było już w nim serca Chopina, tuż przed powstaniem zadzwonił telefon na plebani księdza proboszcza i ktoś powiedział po niemiecku:
– Proszę ukryć serce Chopina, bo w niedługim czasie kościół zostanie zburzony.
– Kim pan jest?– spytał zaskoczony ksiądz.
– Jestem niemieckim oficerem i wielbicielem muzyki pańskiego rodaka – padła odpowiedz.
Biedny ksiądz proboszcz bił się z myślami. Może to żart– myślał. A może jednak nie, może anonimowy rozmówca miał jakąś wiedzę na ten temat. Na wszelki wypadek urna z sercem kompozytora została wywieziona z Warszawy i skrzętnie ukryta.
Dla Anny powstanie zaczęło się na placu Dąbrowskiego, była łączniczką. Kiedy biegła z meldunkiem coś nagle podcięło jej nogi, upadła, nie mogąc się poruszyć. Sądziła, iż zostałam ranna, okazało się jednak, że to z bańki wylał się miód i po prostu przylepiła się do jezdni. Za drugim razem było gorzej, oberwała naprawdę i przetransportowana na drugą stronę Alej Jerozolimskich zakończyła swoją wojnę.
Wychodzili z mężem z Warszawy jako cywile. Potem obóz w Pruszkowie...
10 września Anders wylatuje wraz ze swoim sztabem do Buzułuka, samochód ofiarowany mu przez Stalina podróżuje pociągiem.
Buzułuk to takie typowe rosyjskie miasteczko o drewnianej zabudowie, wszędzie błoto powyżej kostek. Dowództwo polskie mieściło się w dużym murowanym budynku, nad którym powiewała polska flaga. Przyciągała ona rozrzuconych po całym terytorium ZSRR obywateli dawnej Rzeczypospolitej, niczym magnes, dążyli ku niej różnymi drogami, jak się dało. Pułkownik Stanisław Berkieta podróż z Kazachstanu do Ałma – Aty odbył ze swoim kolegą zimą, przy trzaskającym mrozie, na buforach pociągu.
– W życiu tak nie zmarzłem – opowiadał.
To było, co tu mówić, osiemset mil. Uratowała ich taka jedna czuła barysznia. Paliła w piecu, który ogrzewał pociąg i kiedy konduktor się oddalał, wpuszczała ich do środka wagonu. Dostawali do picia wrzątku z samowara, potem musieli wracać na swoje bufory. Dobrnęli tak do Ałma– Aty do hotelu, w którym rezydował książę Sapieha, hotel ten nosił nazwę Krasnaja Zwiezda. Przyjechali nocą, więc rozłożyli się do snu w holu na fotelach, ciepło się zrobiło i rozbestwiły się wszy, wyrzucali je z ubrań nie dbając, że mogą zawszyć cały hotel...A potem dalej w drogę, do swoich...
Opowiada: W 1942 razem z moim przyjacielem nieodłącznym do dziś Zbyszkiem Tarnawskim dostaliśmy przydział do baonu specjalnego generała Andersa, który nazywano Baonem S, przeszliśmy tam wyszkolenie spadochroniarskie, z tym małpim gajem włącznie, to znaczy z ćwiczeniami tylko dla spadochroniarzy. Ten baon to było oczko w głowie Generała, a do jakich był zadań powołany nikt dokładnie nie wiedział, chyba nawet sam generał Anders. Ale był i już. Naszym dowódcą został rotmistrz kawalerii 15. Pułku Ułanów Poznańskich, Zbigniew Stanisław Kiedacz. Podkreślam tak dokładnie, ponieważ on nazywał mnie i mojego przyjaciela Tarnowskiego swoimi imiennikami.
W Jangi-Jul stacjonowaliśmy koło sztabu generała Andersa, ale nie byliśmy w jego ochronie, tym zajmował się 12. Pułk Ułanów. A o nas mówiono „ generalska zabawka”. Ale co tu dużo mówić, żywot nasz tam był raczej ciężki, bo Kiedacz okazywał się niesłychanym „dyscyplionariuszem”. Dyscyplinarne jego sprawy były nie do opowiedzenia. Cały korpus o tym wiedział, jak to tam ciężko w tym baonie nam się powodziło, co nie do końca było prawdą. Co by nie powiedzieć, Kiedacz był bardzo sprawiedliwy, jeśli chodzi o względy traktowania wojskowych a specjalnie takich tam młodziaków, bo wszyscy byli tam bardzo młodzi. Nawet ja wtedy miałem dopiero dwadzieścia lat. Ale sława dowódcy tego batalionu była bardzo duża. Przede wszystkim znał go generał Anders bardzo dobrze, bo obaj wycofywali się we wrześniu 39 roku, w jakichś tam bardzo nieprzyjemnych sytuacjach. Kiedy generał Anders był już ranny, Kiedacz dostał wyraźny rozkaz, żeby się przedzierać do wojska polskiego a generał Anders został złapany przez Sowietów i siedział przez dłuższy czas na Łubiance....
No a potem wyjście z Rosji, przez Persję do Palestyny, potem do Egiptu, a z Egiptu już do Włoch.
Ja skończyłem szkołę podchorążych w Palestynie, a to była szkoła podchorążych Kawalerii Pancernej, z pełnym wyposażeniem...I toczyło się to żołnierskie życie, ta tułaczka...Kiedy podchodziliśmy pod Anconę byłem już dowódcą plutonu, a mój pluton miał za zadanie atakować miasto Casanova, jechałem więc pierwszym samochodem pancernym przez winnicę, a trzeba wiedzieć, że winne krzewy są podtrzymywane przez druty i te druty okręciły mi się wokół wieży, wokół mojej pancerki, także nie mógłbym poruszyć tą wieżą, jakby przyszło mi strzelać. Wjeżdżamy do miasta, no i mam się z pyszna, bo do mnie strzelają, a ja jestem bezradny jak niemowlę w kąpieli, na szczęście mój szef plutonu, widząc, co się dzieje, strzelił z działka małego i jak to między sobą mówiliśmy „rozpiżgnął” Niemca.
Opowiadał potem: był Niemiec i nagle nie było Niemca. Dla kogoś, kto nasze natarcie obserwował z daleka, mogło to być bardzo widowiskowe. I tym obserwującym, tak się złożyło, był generał Anders, który badał kierunki i odzew nieprzyjaciela na nasze ataki. A dowódca pułku, rotmistrz Kiedacz, zawsze był bardzo impulsywny – jak coś wyszło tak dobrze, że nawet generał pochwalił, z miejsca reagował. Woła więc nas na odprawę. Mnie i tego mojego przyjaciela Tarnowskiego, który prowadził drugi patrol, który jechał inną drogą na Anconę, tyle że w tym samym czasie. Więc było wielkie zadowolenie pułku, wszystko wyszło bardzo ładnie. To było bardzo ciekawe do oglądania, jak kawaleria i broń pancerna z czołgami razem współdziałała. I to tak zachwyciło dowódcę, a jak jeszcze generał Anders wyraził pochwałę, z miejsca nam zaproponował: albo krzyż Virtuti Militari albo awans na podporuczników. No my naturalnie, jak jeden, rękę do góry – chcemy awansu. Bo to i gwiazdka, i więcej czasu...Kiedacz wtedy mówi: „Toście dobrze wybrali, bo Virtuti i tak dostaniecie.” No, ale było trochę inaczej, bo nie mogliśmy ze Zbyszkiem zostać tymi podporucznikami tak od razu, gdyż nasz dowódca zapomniał, że nie jest jeszcze Napoleonem i nie ma takich uprawnień. Ale starał się jakoś wybrnąć, więc z tą swoją srogą miną mówi:
– Za dwadzieścia minut meldować mi się jako wachmistrze podchorążowie!
A do tej pory myśmy byli plutonowymi, jedynymi na funkcji oficerskiej, podchorążymi, którzy wyszli z tej szkoły podchorążych, tej kawalerii pancernej, cała reszta, dwunastu, byli do samego końca podchorążymi tylko, bez funkcji oficerskiej. A funkcja oficerska dawała możliwości jedzenia w kasynie i traktowania nas jak oficerów. Wszystko było pięknie, z tym tylko, że Kiedacz wyskoczył na minie potem, zginął przed samą Bolonią, no i skończyły się nasze Virtuti, bo przyszedł następny dowódca, a to już jest inna para kaloszy. Inny dowódca, inaczej ludzi ocenia, po swojemu. W wielu wypadkach, kto lepiej grał w brydża, ten miał większe szanse.
Jeśli chodzi o całą tą naszą odyseję polską i maszerowanie niczym turystyczna armia – jak to nas Niemcy nazywali – przez kontynenty, to niektórzy z nas na tym wyszli bardzo dobrze. Wykształcili się przede wszystkim dokładnie, a po drugie mieli możność zwiedzenia prawie całego świata. Bo za wyjątkiem południowej Afryki i tego rejonu czysto arabskiego, jak Tunezja i okupowane przez Francję kiedyś terytoria, to myśmy zwiedzili wszystko. Także dla nas to było jedną wielką przygodą...
Mój pułk, 15 Pułk Ułanów był, że tak powiem, niesłychanie znany w całym Korpusie... Nigdy nie dowiedzieliśmy się, kto ułożył naszą żurawiejkę, którą się śpiewa z kieliszkiem w ręku i w przysiadzie, tak jakby się jechało na koniu, lasując. Cały ten wierszyk można zaśpiewać jednym tchem, lub można tylko zaśpiewać ostatnią zwrotkę. Wierszyk jest następujący, chociaż on trochę nieparlamentarnie brzmi:
Lepiej pieszo przejść przez Irak.
Lepiej mieć na dupie czyrak.
Lepiej głową wpaść do sracza,
niźli służyć u Kiedacza.
Tak to brzmiało, a w skrócie to śpiewało się tylko tą ostatnią strofkę – „Lepiej głową wpaść do sracza, niźli służyć u Kiedacza”. To prawie każdy w Korpusie to znał.
Dla przykładu, miałem kilka takich przypadków, gdzie meldowałem się u pułkownika Wojska Polskiego w Polsce już po wojnie, długo po wojnie, parę lat temu i prosiłem go, żeby pomógł mi się porozumieć wojskowymi telefonami z inną grupą wojskową, której ja przekazywałem tradycje. On tak popatrzył na beret mój z proporczykiem 15 Pułku Ułanów i zaśpiewał żurawiejkę! Ja zameldowałem, że największą przyjemność, jaką mi w Polsce można było zrobić, to usłyszeć o moim pułku. Bo myśmy byli w pułku bardzo dumni z tego, że tak śpiewają. A nasz dowódca, Kiedacz... każdy go znał, krążyły o nim legendy jeszcze za jego życia. Służbista, zakochany w wojsku, wyciskał z nas ostatnie poty...
Teraz, ostatnio, miałem podobną przygodę.Odwiedzałem Penrhos, to już takie jest, my tak nieładnie mówimy, miejsce dla tych, co dojrzewają do trumny..., słowem dom dla weteranów, i spotkałem tam pewnego pana. Bardzo uprzejmy i tak dalej, mówi, że mnie dobrze zna...Ja się przedstawiłem, on powtarza, że mnie zna, a ja, jestem tego pewny, nie widziałem go na oczy. On mówi: „pan od Kiedacza”. Ja odpowiadam krótko: – „tak jest”. Towarzyszyła mi wtedy znajoma, to on „chodźcie państwo na kawę do mnie, mam robiony polski szmalec, kapitalny”. No, jak można nie pójść na szmalec z czarną kawą! To było lekko komiczne, ale pomaszerowaliśmy tam. Obok niego, w takim samym małym domku mieszkał jakiś inny pensjonariusz, który właśnie wychodził, a ten, który nas zaprosił, woła: „ Ej, Antek, tu jest kolega z 15 pułku.” Jak tamten usłyszał, że ja jestem z 15 Pułku Ułanów, uchylił czapkę i zaśpiewał „lepiej głową wpaść do sracza, niźli służyć u Kiedacza”... Taki ten mój pułk był sławny!
Tu by można jeszcze dodać, że 15 Pułk Ułanów witał we Włoszech po zdobyciu Monte Cassino króla Jerzego angielskiego...jako gwardyjski pułk, trzy plutony, w którym między innymi byłem ja, jako najmłodszy dowódca trzeciego plutonu, w czwartym szwadronie. A później taka sama ceremonia odbywała się w Rzymie, kiedy generał Anders otrzymywał te swoje wysokie, bardzo wysokie odznaczenia angielskie i amerykańskie. Także 15 Pułk Ułanów był jako gwardyjski pułk, jeden z tych najbardziej i najlepiej wyglądających i najlepiej się noszących, i asystował przy wszystkich ceremoniach. To są właśnie te dodatki, które dają obraz o pułku znanym w całym Korpusie i te żurawiejki, które do dziś niektórzy śpiewają. Nam, niedobitkom, osiemdziesięciolatkom pod dziewięćdziesiątkę, sprawia to niesłychaną przyjemność...
1 września 1945 roku poświęcono cmentarz na Monte Cassino, został zbudowany według projektu dwóch architektów z Londynu: Tadeusza Muszyńskiego i Wacława Hryniewicza. Żołnierze opodatkowali swój żołd, aby sfinansować budowę cmentarza, a nawet sami, w miarę możliwości, pomagali przy jego budowie. Otwarcie cmentarza było niezwykle uroczyste, przybyły poczty sztandarowe wszystkich jednostek, dowódcy wojsk Sprzymierzonych, przeor klasztoru Monte Cassino oraz duchowni wszystkich obrządków. Mszę świętą odprawiał biskup Józef Gawlina. Nad Monte Cassino w szyku bojowym przeleciały myśliwce, a na kamiennej płycie wyryte zostały słowa:
„Przechodniu, powiedz Polsce, żeśmy polegli wierni w Jej służbie.”
„Przechodniu powiedz Polsce...” czy naprawdę tak myśleliby ci, którzy leżą pod rzędami białych krzyży? A co z tymi, którzy z tej bitwy wyszli żywi?
Pan Jarosław miał 19 lat, utracił nogę. Ucięta powyżej kolana. Mina. Czy ma żal? Do tej miny na pewno nie, zabrała mu nogę, ale uratowała życie. Jakby tak dalej się wspinał na to piekielne wzgórze, pewnie by już z niego nie zszedł. Nikt z jego kolegów nie powrócił. Wszyscy polegli, cały pluton. Jak tamci w Sparcie! Tylko tam, razem z nimi poległ dowódca, a ich dowódca dostał za te Polskie Termopile order od obcych. Bo Polski już wtedy nie było.
„Więc po co nam było wspinać się po śmierć?” To pytanie zawisa w powietrzu...
Pan Mieczysław dobiega dziewięćdziesiątki, ale pamięć ma jeszcze dobrą. Wszystko pamięta. Też w piechocie. Był w 2 Batalionie, który atakował wzgórze 593.
– Jatka, to była jedna jatka – mówi – rozrywało nas po kawałku...ręce, nogi latały w powietrzu...mnie uratował dołek przy takim głazie, zwinąłem się jak dziecko w brzuchu matki...a to żelastwo leciało nade mną...Nie było do kogo strzelać, bo myśmy Niemców nie widzieli, a oni nas mieli jak na dłoni...
Co myśli o Generale? Może w innych bitwach dobrze dowodził, ale tutaj, to się chyba zgubił, bo był jeden wielki bałagan. Brak łączności, brakowało ludzi, amunicji. Kamieniami rzucali do wroga...jakby Niemcy sami się nie wycofali, nikt z nich by stamtąd nie wrócił, wszyscy by polegli, co do jednego, jak ci Grecy...Więc gdzie to zwycięstwo?
Po wojnie generał M. Clark początkowy ostrzał artyleryjski ocenił jako w najwyższym stopniu błąd taktyczny, ale pociski zostały wystrzelone i piechota poczęła posuwać się do przodu. Po omacku, bez rozpoznania ! Dlaczego Anders się na to godził, przecież jako doświadczony dowódca musiał wiedzieć, że jest to także „w najwyższym stopniu błąd taktyczny”, przecież od samego początku uważał, iż plan ofensywy alianckiej generała Leese jest daleki od doskonałości, on sam wolałby manewr okrężny przez góry.
„Myśmy tam, na tym wzgórzu byli jak ślepe kocięta” wyznał pan Jarosław „szliśmy, bo musieliśmy iść, ale za nami szedł strach.”
Generał Anders surowo oceniał decyzję dowództwa o wybuchu Powstania Warszawskiego, uważał je za wielkie narodowe nieszczęście. Z wojskowego punktu widzenia zryw ten nie miał żadnych szans, a zburzyć miasto w samym sercu Europy, zrównać je z ziemią, unicestwić setki tysięcy istnień ludzkich, tylko po to, aby coś wygrać politycznie? Czy było warto? A Monte Cassino? Czy warto było wysyłać żołnierzy na pewną śmierć, aby coś wygrać politycznie? Monte Cassino to przecież takie małe Powstanie Warszawskie, przecież już było po Jałcie i karty zostały rozdane...
Ale bitwa o Monte Cassino stała się faktem i żadne słowa ani zaklęcia nie mogą tego odmienić. Bezpośrednio po bitwie napisał list do swoich podopiecznych, uczennic Szkoły Młodszych Ochotniczek z siedzibą w Nazarecie, jej uczestnik, generał Sulik. Szkoła ta bowiem była powiązana z V Dywizją Piechoty, czymś w rodzaju aktu braterstwa i jej dowódca zezwolił uczennicom na noszenie na ramieniu odznaki V Dywizji: żubra.
Pomiędzy słuchaczkami szkoły a żołnierzami zawiązały się przyjaźnie, wymieniano korespondencję, na Gwiazdkę zaś Żubry ze skromnego żołdu zrzucały się na prezenty dla „swoich dzieci”.
W maju 1944 roku te kontakty gwałtownie ustają, nie nadchodzą listy, nic dziwnego V Dywizja stacza krwawy bój na wzgórzach Monte Cassino.
Drogie Panie i Kochane Córuchny!
– pisze generał Sulik –
Przede wszystkim uzasadnienie zwrotu...tośmy przecież zawarli braterstwo, a ponieważ żołnierze nazywają mnie „tata”, automatycznie mam prawo do zwracania się w ten sposób.
Dopiero teraz piszę, kiedy z całym poczuciem odpowiedzialności mogę powiedzieć, że Dywizja Kresowa spełniła swój obowiązek żołnierski, tak jak go spełniła Dywizja Karpacka i wszystkie oddziały Korpusu. W każdym razie mogą Panie z dumą nosić „Żubra” na ramieniu.(...) w chwili kryzysu trzeba było uciec się do ostatnich rezerw(...).Poszli wspaniale do ataku i obficie zrosili swoją krwią ziemię włoską, z której idziemy do Polski. Ponieśliśmy bardzo ciężkie straty. Ale mamy świadomość, że krew przelana została nie na darmo, bo przecież biliśmy się nie o Monte Cassino, biliśmy się o Wilno, o Lwów, o Poznań, o każdą wieś i o każdą grudkę ziemi polskiej. I odnosimy wrażenie, że po bitwie jesteśmy o krok bliżsi celu(...).Jestem szczęśliwy i dumny, że mogę Paniom o tym donieść. Żołnierze wznieśli się do szczytu bohaterstwa i w wielu wypadkach pracowali ponad ludzkie siły. Tylko dlatego bitwa została wygrana.(...) wielu kochanych chłopców pozostało na cmentarzu, ale o wiele więcej jest w szpitalach. Sporo między nimi jest bardzo nieszczęśliwych: są tacy, którzy stracili oczy, ręce, są różni inni, których kalectwo jest bardzo ciężkie. Bardzo serdecznie proszę Panie i wszystkie Córuchny o pamięć o Nich. Sądzę, że właściwie dobrane, siostrzane słowa sprawią ulgę w cierpieniach tych wspaniałych chłopców.
Opowiada Renata Bogdańska:
Kwaterowaliśmy wtedy w Anconie, nasz zespół. Jeszcze ciągle Niemcy tam stali niedaleko Ancony, była strzelanina, no, nie czuliśmy się więc bezpiecznie. Ale cóż...mieliśmy obowiązek, aby poświęcić wszystko, siły i talenty i rozerwać troszkę wojsko, żeby to wojsko się dobrze bawiło i nie myślało, co je czeka. Myśmy też nie bardzo wiedzieli, co nas czeka, może trochę się domyślaliśmy. Więc codziennie po obiedzie, wsiadaliśmy do ciężarówki, czasami lepsza była, czasami gorsza, czasami było pianino plus orkiestra, czasami nie było pianina tylko akordeon, bo nie było warunków na to. I tak jedziemy właśnie 11 maja, jedziemy – nigdy nie wiadomo dokąd, bo to tajemnica wojskowa. Nie można było zapytać, dokąd jedziemy, no, do różnych oddziałów, które były rozrzucone. Tego dnia właśnie 11 maja jedziemy dokądś. Jedziemy, jedziemy, nie bardzo tacy entuzjastyczni, bo zdawaliśmy sobie sprawę, że Niemcy podsłuchiwali nasze przedstawienia i zdarzało się nieraz, że zaczynały się strzały z jednej góry na drugą, ponad naszymi głowami. To mnie właśnie kiedyś spotkało i być może wpłynęło na mój los. Bo po pierwszej detonadzie i artyści i publiczność pouciekali, ja tylko zostałam na scenie i akordeonista, a Generał, jako jedyny widz, siedział i palił cygaro. I tylko obserwował, jak ja się zachowuję. Umierałam ze strachu, ale pomyślałam – ja mu pokażę, wszyscy moi koledzy w schronie, a ja śpiewam „A mój strzelec, a mój strzelec Stach, nic nie robi tylko bije w dach”, ot piosenka głupia. Muszę powiedzieć, że to mu zaimponowało, że jestem taka dzielna. On wiedział, że nam nic nie grozi, bo ostrzał szedł górą, ale ja nie wiedziałam...
Więc jedziemy i widzimy napis „Cassino”. Pomyśleliśmy sobie Cassino? Może to kasyno gry, może grają w karty, jakiś klub prawdopodobnie. Nie wiedzieliśmy, że to historyczne miasto, do którego należy Monte Cassino. Podjechaliśmy pod dom, piękna willa z ogromnym ogrodem i pełno żołnierzy tam, oficerów się kręci, czekają na nas. Wchodzimy do tego ogrodu, trzy mikrofony stoją na trawie, dwa rzędy krzeseł, już na jednym siedział jakiś starszy pan, oficer, a normalnie przychodziło tysiące ludzi, bo ludność cywilna mogła przychodzić na nasze przedstawienia, przeważnie na otwartej przestrzeni, czy to w kawiarni otwartej, czy w parku. No i podchodzi Generał do nas, patrzę że tak źle wygląda, jakiś zmęczony, sczerniał, schudł.

