Annę i jej córkę poznajemy podczas wizyty u psychologa. Kobiety próbują rozwikłać problem Ewy - bulimię. Aby jednak dziewczyna mogła w pełni wyzdrowieć, konieczna jest terapia - toksyczna miłość musi przerodzić się w uczucie, którym kobiety nie będą się wzajemnie ranić. Czy możliwe jest, żeby córka powtarzała los matki? Jak bardzo młodzieńcze traumy determinują życie nasze i naszych bliskich?
Hiszpańskie oczy to powieść o trudnej miłości, dojrzewaniu, zagubieniu, akceptacji i cierpieniu. Losy bohaterki Nurowskiej wtłoczone są w tryby historii, która odciska na jej psychice i późniejszym życiu ślady nie do zatarcia.
Z historią powstania Hiszpańskich oczu wiąże się moje niezwykłe przeżycie. Pod koniec lata 1988 roku spotkałam w parku kobietę, która mimo że nie była już młoda, miała jedną z piękniejszych twarzy, jakie widziałam. Nawiązałam z nią rozmowę. I nagle, nieoczekiwanie dla nas obu, zaczęła o sobie opowiadać. Jak się potem okazało, byłam jej pierwszą i jedyną słuchaczką, odkąd w 1953 roku wróciła z zesłania na Syberii. Trafiła tam jako piętnastoletnia dziewczyna za udział w Powstaniu Warszawskim. Nie wracała ze Związku Radzieckiego sama, przywiozła ze sobą córkę, owoc gwałtu, jakiego dokonano na niej w łagrze.
- Maria Nurowska
Chyba nie mogą być gorsi niż Niemcy - powiedziała dziewczyna i wszystkie głowy zwróciły się w jej stronę.
Pociąg stał na bocznicy, spory kawał od stacji, ale w Warszawie, więc jej słowa wydały się niezrozumiałe.
- Kto? - padło pytanie.
Dziewczyna uśmiechnęła się ironicznie i odwróciła głowę. Tego dnia rano do mieszkania mojej ciotki na Kruczej weszło „dwóch podejrzanych cywilów", jak któraś z nas dowcipnie zauważyła. Wszystkie znalazłyśmy się tu w podobny sposób, przywiezione willysem. W taki sam sposób dowożono mężczyzn, lokowano ich jednak w oddzielnych wagonach. Ciotka spytała: „O co chodzi?" Cywile odpowiedzieli, że mam udzielić kilku wyjaśnień. Zameldowana byłam we Lwowie, myślałyśmy więc, że to o to chodzi. Nie zabrałam żadnych rzeczy, a oni od razu przywieźli mnie tutaj. Spotkałam wielu znajomych, wszyscy z powstania. W jakiś absurdalny sposób się ucieszyłam, że tylu nas przeżyło... W moim wagonie nastrój był dobry, dowcipkowałyśmy, dzieliłyśmy się wałówką, którą co przezorniejsze z nas zabrały ze sobą. Pogoda była ładna, jak zwykle na początku jesieni. Na nasypie kolejowym stał rząd wysokich topól, a przez ich żółknące liście przeświecały promienie lekko zamglonego słońca. Drzwi wagonu towarowego były na oścież otwarte, tłoczyłyśmy się w nich, wystawiając twarze do anemicznego słońca, niektóre dziewczyny przekomarzały się z najbliższym „męskim wagonem", tam też widziało się same młode twarze. Nastrój jesiennej majówki zepsuła ta dziewczyna. Ona jedna nie brała udziału w paplaninie.
- Kto? - padło pytanie.
Nikt nie odpowiedział. Z nastaniem zmroku drzwi wagonów zaczęto zamykać i plombować. Robili to pracownicy kolejowi, ale w towarzystwie mężczyzn z karabinami; jak usłyszałam, byli to sokiści. Kto więc wysyłał nas w tę podróż, Polskie Koleje Państwowe?
(...)
Przyszedł ten lekarz. Wydał mi się stanowczo za młody, by zrozumieć mój problem. Czy raczej problem mojej córki. Spytałam, czy orientuje się, o co chodzi.
- O przypadek ciężkiej depresji.
- Depresji? - nie umiałam ukryć zdziwienia. - To raczej rodzaj samounicestwiania bez powodu.
- Zawsze jest jakiś powód.
Czy tym powodem mogło być dziecko? Od jego pojawienia się z Ewą zaczęło się dziać coś niedobrego. Nie umiałam tego w porę opanować, czy też nie byłam w stanie. Chore drzewo rodzi dzikie owoce. Może dlatego urok mojego wnuka jest tak nieopisany, jak nieopisany jest jego upór. Małe zawzięte zwierzątko doprowadzające człowieka do rozpaczy. Tym człowiekiem najczęściej jestem ja. On ma dopiero trzy lata, ale wyczuwa moją słabość. Kiedyś doprowadził mnie do łez. Pierwszy raz zobaczyłam wtedy strach w jego oczach. Rozejrzał się, jakby w poszukiwaniu ratunku, a potem rzucił się na podłogę i wczołgał pod łóżko. Roześmiałam się, ale mój śmiech nie brzmiał pewnie. Bardzo jesteśmy do siebie podobni, nie ma osoby, która nie odgadłaby naszego bliskiego pokrewieństwa, najczęściej biorą mnie za jego matkę. Ma taki sam kolor włosów jak ja, jasny, o odcieniu popielatym, i moje niebieskie oczy, nawet ich trochę skośny wykrój. Ale tyle w nim obcego. Ewa często wydaje mi się bliższa, chociaż nie jestem pewna, czy umiem ją kochać. A to dziecko kocham w jakiś niezdrowy, szaleńczy sposób. Czasami wydaje mi się, że gdyby obok mnie był mężczyzna, dziecko patrzyłoby na mnie innymi oczami. Nie umiem tego bliżej wyjaśnić. Przecież mój wnuk jest za mały, by oceniać moją życiową sytuację. On ocenia jedynie mnie, on się ze mną mierzy. I wygrywa. Już wygrywa. Kilka dni temu zniszczył mi sztuczne rzęsy, które ktoś przywiózł z Paryża. Byłam przy tym, widziałam, jak je po kolei odrywa. Mówiłam: „Zostaw to, słyszysz!" - ale nie podeszłam i nie odebrałam mu ich. Pomyślałam tylko, że moja samotność jest katastrofą. I była w tym pretensja do kogoś, kto nie istnieje. Tego kogoś nie ma, bo zrobiłam wszystko, żeby go nie było. W męskich ramionach szukałam fizycznego spełnienia, wyobrażając sobie, że inne nie istnieje. Z pewną wyższością myślałam nawet o kobietach, które miały jeszcze jakieś złudzenia. Ktoś mi kiedyś wyjaśniał, że oko owada jest inaczej zbudowane niż oko ludzkie. Owad widzi nas jako cień albo jako zarys. W moich kontaktach z mężczyznami zawsze pamiętałam, że oni widzą mnie inaczej, dla jednych jestem cieniem, dla innych zarysem, i rozpoznają mnie tylko w tym kształcie. To nieważne, jaka naprawdę jestem, ważne, że mam na sobie znajomą sukienkę w kropki, bo ona im się utrwaliła na siatkówce.
- Myślę, że ona już nie przyjdzie - mówię do lekarza. - Przepraszam. Może zadzwonię do pana...
- Mogę jeszcze poczekać - odpowiada.
- Ale...
- Mam przeczucie, że jednak przyjdzie.
Ciekawe, lekarz kieruje się przeczuciami. Może w jego specjalności to całkiem naturalne.
Każda wzmianka o przyszłości wprawiała mnie w popłoch. Przyszłość nigdy dla mnie nie istniała, zawsze była tylko ta uciekająca chwila. Usiłowałam sobie tłumaczyć, że wolność wyklucza wszelkie związki, a to one mnie przecież skuły. Tych dwoje decyduje nie tylko o moim życiu, lecz także o moich nastrojach. Momenty ulgi zależne są od sytuacji w alei Reymonta, która decyduje, jak się będzie wiodło na ulicy Odyńca. Nie liczy się już nic, żadna premiera, żadna dobra recenzja. Ja też już przestaję się liczyć, nawet sama dla siebie.
Wchodzi Ewa.
- Przepraszam, spóźniłam się - mówi.
Zawsze to lekkie zdziwienie, że tak wygląda moja córka. Nie jest podobna ani do mnie, ani do nikogo z mojej rodziny. Trójkątna twarz, której centralnym punktem są oczy, za duże i za kolorowe. Barwa oczu mojej córki przypomina owoc granatu. Jakiś znajomy z Ameryki, widząc nas razem, zawołał:
- Z kim to pani zgrzeszyła?
Dowcip typowo amerykański, trzeba przyznać. Teraz mówię:
- Zawsze się spóźniasz.
A ona odpowiada:
- I zawsze przepraszam.
Moje słowa, jej słowa, jej pytania, moje odpowiedzi. I słuchacz. Ostatnio towarzyszy nam stale osoba trzecia. To ma coś rozwikłać, pomóc jej, pomóc mojej córce. Ale coraz mniej jest we mnie nadziei. W niej chyba też, bo słyszę, jak mówi:
- Z pewnością jest pan lekarzem. Nikt inny do nas nie przychodzi. Odkąd sięgnę pamięcią, w domu mówiło się o chorobach, lekarzach i o podejrzeniach chorób. To samo jest teraz z moim synem, teraz jemu mama się uważnie przygląda.
No tak, częstuje ją papierosem, a ona będzie oczywiście paliła, mnie na złość. Wiem, że nie powinnam się odzywać, ale mówię:
- Córka nie pali.
Ewa wyjmuje papierosa z paczki, spoglądając na mnie.
- Dlaczego to mówisz, przecież wiesz, że palę.
Lekarz podaje jej ogień, wstając przy tym, i widzę, że jej się to bardzo podoba. Czuję cień irytacji, mnie też częstował, ale odmówiłam. Nie mogę powiedzieć o sobie, że jestem tak zupełnie niepaląca. Czasami potrzebuję nawet papierosa, ale zawsze wtedy, kiedy jestem sama. W takim zaciąganiu się dymem jest dla mnie coś, z czym nie należy się przed obcymi zdradzać. Tak samo nie zniosłabym, gdyby ktoś obserwował mój orgazm. Musi być zgaszone światło. I nie ma w tym wstydliwości mojego ciała, ale raczej mojego wnętrza. Wstydliwe wnętrze, to chyba dobre określenie, przecież ja kiedyś wstydziłam się być dzieckiem i sukienka przed kolana była dla mnie dramatem. Niestety, moja matka nie mogła tego zrozumieć.
- Przecież te spotkania są po to, żebyśmy się waliły pięścią po głowie - mówi Ewa. - Pokój mamy ma się zamienić w ring, a panu ma przypaść rola sekundanta.
- A jednak pani przyszła.
- Bo nie miałam innego wyjścia. Ona mnie szantażuje, że nie da pieniędzy. Te jej pieniądze wychodzą mi już bokiem. Czasami myślę o tym, żeby rzucić studia i pójść do pracy...
- Jako kto? - pytam głosem, którego sama nie lubię, jest o ton wyższy niż zwykle.
- Wszystko mi jedno - odpowiada Ewa.
- Nie zarobisz na życie. Na to życie, do jakiego jesteś przyzwyczajona. To mój błąd, nie masz pojęcia, co się wokół dzieje, bo wychowywałaś się w wacie.
I nagle uświadamiam sobie, co mówię, przecież jej wczesne dzieciństwo... ale ona go nie pamięta; kiedy ją wypytywałam, nic sobie nie mogła przypomnieć. Tylko tę podróż. Pamięta, że jechałyśmy i jechałyśmy, ale nie umie wyjaśnić, ani skąd, ani dokąd...
- Ale w szklanej!
Czy było jej źle w wygodnym życiu, czy naprawdę tak się czuła? Teraz gotowa wszystkiemu zaprzeczyć, już mi zmieniła osobę, już mówi o mnie „ona".
- Zawsze uważałaś, że skoro dajesz pieniądze, jesteś już wobec mnie w porządku.
Chcę powiedzieć: zarób je, wtedy zrozumiesz, co to znaczy. Ale mówię:
- Nie mam sobie nic do zarzucenia.
- A wczoraj mówiłaś co innego, przepraszałaś mnie za wszystko, a nawet błagałaś o wybaczenie.
Mówię:
- Nie pamiętam.
Ale pamiętam dobrze tę scenę. To jej przez drzwi: „Chwileczkę". Nie może mi otworzyć, bo oczywiście jest w łazience. I już nie wchodzę, ale wpadam i rozglądam się w poszukiwaniu proszków lub pustych opakowań po proszkach.
- Zawsze cię pamięć zawodzi, jak się nie chcesz do czegoś przyznać - głos Ewy staje się piskliwy, niemal dziecięcy. - Mam ci przypomnieć?
- Może innym razem, pani Ewo - wtrąca lekarz.
I już rozmówka: ona, że nie jest żadną panią, a on, że w takim razie nie jest żadnym panem.
- Nie wprowadzajmy prywatnej atmosfery, bo moja córka pana zje - mówię trochę za ostro, ale nie po to go tu sprowadziłam, żeby wdawał się w przekomarzania z tą smarkatą.
- To której z pań mam posłuchać?
Jednym uchem słucham tego, co ona odpowiada, a przed oczami projekcja wczorajszego dnia. Trzymam w rękach opakowanie pełne małych żółtych tabletek, wyłuskuję je i wrzucam do muszli klozetowej. A ona ich broni. Szamoczemy się przez chwilę, jestem wyższa. Ewa wspina się na palce, prawie dosięga mojej ręki. Wtedy uderzam ją kolanem w brzuch. Zgina się wpół, na twarzy spazm bólu. Wyrzucam resztę tabletek, spuszczam wodę. Teraz ona pochyla się nad muszlą, szarpią nią torsje. A ja stoję obok i zaczynam się trząść. Głowa odskakuje mi na boki jak w ataku epileptycznym, Ewa to widzi.
- Zaraz idę do apteki - mówi zimno.
A teraz mówi:
- Niech będzie, jak chce mama. Jestem w tej rodzinie czarną owcą i zawsze sprawiam kłopot swojej wspaniałej matce. To ja jestem ten potwór, to ja ją niszczę.
- Ty siebie niszczysz! - krzyczę. - Siebie i swoje dziecko. Nie myślę już o sobie.
- Ty nie myślisz o sobie! To dlaczego wciąż się użalasz, że los cię pokarał taką córką?
- Bo mnie pokarał. Ja już nie umiem normalnie zacząć dnia. Pierwsza myśl jest zawsze o tobie. A ściślej o twoich jelitach!
- Wiem, wiem, jestem słaba. I truję się prochami.
Już dawno to zauważyłam, Ewa ma charakterystyczny sposób trzymania głowy; kiedy z kimś rozmawia, przekrzywia ją lekko na bok i patrzy spod spuszczonych rzęs, jakby z ukosa. Żeby nie można było przyłapać jej spojrzenia. Ciekawe, czy on też to zauważył.
- Ile pani ich bierze? - pyta ją teraz.
- Kilkaset tabletek tygodniowo bisacodylu! - odpowiadam za nią.
- A kto pani wypisuje recepty?
Teraz ona odpowiada:
- Czasami lekarz. Ale najczęściej jeżdżę od apteki do apteki i żebrzę. Mówię, że to dla sąsiadki, staruszki, która już nie wychodzi.
- Bardzo sprytnie. Ten lek wypisuje się osobom, których organizm jest niewydolny. Kto pani o tym powiedział?
- Sama na to wpadłam. Intuicja mi podpowiedziała.
- A tego nie podpowiedziała, że się pani sama wyniszcza?
- Wiem, że długo nie pożyję - mówi moja córka. - Już się z tym pogodziłam.
- A co będzie z pani dzieckiem?
- Mama się zajmie. Przecież marzy o tym, żeby mieć Antka wyłącznie dla siebie. Jest o niego zazdrosna. Ja jej tylko przeszkadzam.
Idiotka! Zamieniłam mieszkanie na dwa mniejsze, żeby wreszcie poczuła się matką. Zaczynała traktować Antka jak brata. Ile razy mi się skarżyła, że jej coś zniszczył, pomazał jakiś zeszyt.
- Antek to twój syn! - mówię ostro.
- Wiem, że to mój syn, więc daj nam spokój. Pozwól nam żyć!
- Przecież to ty dzwonisz do mnie.
- Bo nie mam telefonu i jakbym nie zadzwoniła, już byśmy cię mieli na głowie.
Usta mojej córki układają się jak do płaczu.
- Pani Ewo, którego jest dzisiaj? - pyta lekarz niby ni z gruszki, ni z pietruszki, ale rozumiem, o co mu chodzi. Ma rację, nie pozwala nam wpaść w jałowy słowotok. To był poważny błąd jego poprzednika. Tamten uważał, że mamy być spontaniczne, kończyło się to zwykle awanturą, wyciąganiem jakichś spraw. Ewa zaczynała płakać. W końcu zerwałyśmy ten kontrakt. Lekarz tak nazywał nasze spotkania, zastrzegał też, że w każdej chwili możemy je przerwać. Bo spotkania muszą być spontaniczne. Bardzo lubił to słowo. Ten chyba lubi je mniej, wyraźnie zaczyna sterować naszą rozmową. Może rzeczywiście jest taki dobry, jak o nim mówią.
- To pan nie wie? - dziwi się moja córka.
- Wiem, ale chcę usłyszeć od pani.
- Może to i niegłupi pomysł - próbuję mu pomóc. - Przecież żyjesz bez kalendarza.
On lekko się na to krzywi, daje mi poznać, żebym jego rozgrywki pozostawiła jemu.
- Więc którego? - powtarza.
- Niech mama odpowie.
- Ale ja panią pytam.
- Ale ja przecież nie wiem.
- To podpowiedzieć? - on na to.
- Nie potrzeba. Piąty października tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku. Wtorek.
- Ile pani dzisiaj wzięła?
- Jeszcze nie wzięłam.
- Więc ile pani weźmie?
- Półtora opakowania.
- To ile w tabletkach?
- Trzydzieści pięć tabletek.
I na to ja, chociaż wiem, że nie powinnam mu tego psuć:
- Kiedyś chciałam wypróbować ich działanie, wzięłam sześć i byłam chora przez tydzień.
- Bo nie jesteś przyzwyczajona - stwierdza Ewa. - To zwykłe tabletki na przeczyszczenie.
- Pani też nie, a już na pewno nie jest przyzwyczajone pani jelito grube, z natury bardzo delikatne. Nikt go pani nie wymieni na inne, przynajmniej na tym etapie medycyny.
Ewa smutno się uśmiecha.
- Ja wiem. Mnie ciągle boli brzuch.
- Brzuch ją boli! - wybucham. Kiedyś tak sobie podrażniła wątrobę, że była cała żółta na twarzy. Wezwałam pogotowie. Chyba się nawet przestraszyła, a potem znowu to samo.
Taka jestem bezradna. Nie chcą jej przyjmować do szpitala, twierdząc, że to przypadek dla psychiatry. Zrobili jej rentgen, zbadał ją chirurg i na tym się skończyło. Nic nie znaleźli. Po długich staraniach udało mi się załatwić wizytę u znanego gastrologa. Umówione byłyśmy z samego rana. Ewa nie zjawiła się pod szpitalem. Była w domu, w tym swoim stanie zupełnego wycieńczenia. Prawie siłą doprowadziłam ją do taksówki. Spóźnione o ponad godzinę, weszłyśmy do gabinetu profesora. I to tylko dzięki mojej twarzy, która się dobrze skojarzyła pielęgniarce. Przytrzymała umówionego pacjenta, a my przemknęłyśmy do gabinetu. Profesor zbadał Ewę, potem powiedział to, co mówili już inni. Wyszłyśmy stamtąd. Patrzyłam, jak idzie, czepiając się ściany, a potem na otwartej przestrzeni stąpa niepewnie, prawie nie odrywając nóg od ziemi. Wyglądała jak ciężko chora. Chciałam ją wziąć pod rękę, ale się uchyliła. Na krótką chwilę nasze oczy się spotkały. Jej oczy, w których zawsze mieściło się za dużo. Wszystko jedno: szczęścia czy rozpaczy.
- Więc ustalamy, że od dziś będzie pani brała o jedną tabletkę dziennie mniej. I będzie to pani zapisywała w specjalnie do tego przeznaczonym zeszycie.
- To nic nie da - mówi Ewa. - Ja muszę zwiększać dawki. Zaczynałam od kilku tabletek.
- A chodzi głównie o to, żeby mieć wklęsłe policzki - wtrącam. - Broń Boże wypukłe!
Nie wolno dopuścić do zmiany linii na owalną, świat by się od tego zawalił. Pierwszy sygnał to była waga, zwykła łazienkowa waga. Zaczęła ją wszędzie wozić ze sobą, nawet jak wyjeżdżałyśmy na sobotę i niedzielę.
- To ty powiedziałaś, że mam uda jak słoń. To przez ciebie zaczęłam się odchudzać!
- Kiedy ci tak powiedziałam?
- Jeszcze w szkole podstawowej. Stale mi docinałaś, że jak chodzę, podłoga się trzęsie.
- I dlatego woziłaś ze sobą wagę? Myślałam, że to dziwactwo.
Oczy mojej córki są pełne łez.
- Bo tak ci było wygodnie!
- Niczego nie podejrzewałam.
- Bo wtedy właśnie przestałaś się mną zajmować - łzy spływają jej po policzkach. - Stwierdziłaś, że sama już powinnam dawać sobie radę, bo mam już piętnaście lat! Ty mnie porzuciłaś!
Muszę wstać i podać jej serwetkę. Zawsze, kiedy ona płacze, coś się we mnie kurczy, chciałabym jak mój wnuk schować się pod łóżko. Tym razem lekarz milczy, a powinien się włączyć, skoro miałaby to być jakaś metoda.
- Ja w twoim wieku... też byłam sama - mówię, bo on dalej milczy.
- Tym bardziej powinnaś mnie zrozumieć. Mogłaś się nacieszyć swoją babcią, ja prawie nie rozumiem słowa „rodzina".
- Bo nie chciałaś rozumieć - odpowiadam twardo. - Mogłyśmy ją mieć.
To nie Ewa zniszczyła ten związek. To ja. A jednak mówię to, co mówię. Bo nagle mi się wydaje, że ten obcy człowiek, który nas widzi po raz pierwszy w życiu, już wyrabia sobie o mnie zdanie. Już mnie ocenia i ta ocena wypada coraz gorzej.
- Myślisz o swoim facecie?
Złe oczy mojej córki. Moje złe oczy.
- A „Witek" nie przejdzie ci przez gardło?
- Zamiast się nade mną zastanawiać, wolałaś wyjść za mąż.
Wyciera nos, serwetka jest już mokra. Podaję jej inną z uczuciem, że wypadłam z roli. Niczego już nie przeżywam, jestem tylko nastawiona na swoją obronę. Uważam, że oni oboje są przeciwko mnie.
- A ty, żeby mi w tym przeszkodzić, zaszłaś w ciążę na rok przed maturą! - cedzę swoim obcym głosem.
- Miałam dokładnie tyle lat, co ty, kiedy mnie urodziłaś. Tylko że ja nawet nie wiem, kim był mój ojciec. Zrobiłaś z tego wielką tajemnicę. Kiedy cię pytałam, wykręcałaś się, zawsze byłam za młoda. Ale na co? Na co? Teraz sama już mam dziecko i też jestem za młoda.
- Wróćmy do twojego zdrowia - mówię z uczuciem wewnętrznego dygotu, boję się, że zaraz będzie mi odskakiwała na boki głowa, zawsze się tego bałam przed kamerą. Teraz też jestem przed kamerą, są nią oczy tego obcego człowieka. Obraz w nich odbity nie będzie miał wpływu na moją i tak już wątpliwą karierę, ale może mi zaszkodzić w innych oczach, w oczach mojej córki.
- Jak jej powiedziałam, że jestem w ciąży, uderzyła mnie w twarz.
- Przestań!
- Tylko tyle potrafisz - ciągnie jadowicie Ewa. - Krzyczeć. Krzyczeć i bić po twarzy.
- Przestań!
- Mówię prawdę!
- Nie byłam surową matką - słowa przychodzą mi z trudem. - Chciałam ci pewne sprawy wyjaśnić, ale ty oświadczyłaś, że nie zamierzasz rozpocząć życia seksualnego przed maturą.
- A co ci miałam mówić. Wstydziłam się ciebie.
- I dlatego, jak cię lekarz pytał, nie umiałaś powiedzieć, kiedy był ostatni okres.
- Nie mów tego przy panu.
- Proszę mówić wszystko.
Nareszcie odzyskał język w gębie. Zadzwonię wieczorem i podziękuję mu za współpracę. Ewa, jakby poznała moje myśli, mówi:
- Pan jest dwieście dwudziestym piątym lekarzem, który tu przychodzi, i ciągle mówimy to samo.
- To znaczy co?
- No, że biorę te proszki.
- Więc dlaczego je pani bierze?
- Bo się musi odchudzać - wtrącam. - Żeby nie znajdować pustych opakowań po bisacodylu, wszędzie, za szafą, za lodówką, zamieniłam mieszkanie. Z trzypokojowego przeprowadziłam się do klitki.
- Ja też.
- Po prostu większą klatkę zamieniłyśmy na dwie mniejsze.
- Ale ja mieszkam z dzieckiem.
- To ja z nim mieszkam - czuję ucisk w okolicy serca. - Stale jest u mnie. Nie mogę pracować, a utrzymać muszę dwa domy.
- Na którym jest pani roku?
Ten sam chwyt, już go rozszyfrowałam. Nie ma na nas pomysłu. Coś tam wyczytał i stosuje mechanicznie. Przedtem - „Jaka data", teraz - „Na którym jest pani roku".
- Po raz pierwszy na pierwszym - odpowiada Ewa.
- A co pani studiuje?
- Dobre pytanie - mówię z ironią.
- Pedagogikę specjalną.
- Będzie się zajmowała kalekami. Jak to oni mówią, rewalidowała je. Ona, rozumie pan, ona!
- Właśnie ja, tylko człowiek upośledzony może pojąć drugiego takiego człowieka.
- Człowiek upośledzony - podchwytuję. - Ciekawe określenie. I w twoim przekonaniu ty nim jesteś?
- Tak, ja nim jestem, mamusiu. Teraz zadaj następne pytanie: dzięki komu?
- Dzięki sobie, córeczko - odpowiadam tym samym słodkofałszywym głosem. - Sobie samej zawdzięczasz ten los. Telefonuje od sąsiadów, żebym przyjechała po dziecko, bo nie jest w stanie zaprowadzić go do przedszkola. Przecież tego nie można wytrzymać. Ja już nie mogę!

