Weszli do gospody, która mieściła się w murowanym domu z odpadającym tynkiem, nad drzwiami wisiał koślawy napis: Siekierezada. Wewnątrz było tłoczno i aż czarno od dymu, bo wszyscy tutaj kopcili.
(...)
Kiedy zajęli miejsca, przyjrzała się leśniczemu. Był to mężczyzna w średnim wieku, nosił wąsy i krótko przystrzyżoną brodę, lekko szpakowate włosy opadały mu na kołnierz i aż prosiły się o fryzjera.
- Pani na długo do nas? - zagadnął.
- Trudno powiedzieć - odrzekła tonem zniechęcającym do dalszej rozmowy, ale on się jakoś nie zniechęcił.
- Turystycznie chyba nie, czas niesprzyjający - ciągnął - tylko patrzeć przyjdzie śnieg, ale to nie jest jeszcze śnieg pod narty. A poza tym, tutaj małe górki.
- Panie leśniczy, ona jest od nas - pośpieszył z wyjaśnieniem Klunej.
- Od was? - Na twarzy mężczyzny odbiło się zdumienie.
- No tak, będzie zbierała materiał naukowy. Pisze pracę doktorską.
- A pani leśnik jak pan Olgierd czy biolog jak pan Marcin? - spytał Katarzynę.
- Leśnik.
- Ale ta praca chyba nie o wilku?
- Właśnie o wilku mowa - zażartował Klunej.
- Dalibyście spokój - odpowiedział całkiem poważnie leśniczy - już dosyć narobiliście zamieszania w tym temacie.
- Co pan ma na myśli? - spytała z zaczepką w głosie Katarzyna. Nie spodobał jej się ton mężczyzny.
- Wy, tak zwani ekolodzy, robicie złą robotę, nie trzeba pchać łap do natury, bo natura sama wie, co i jak regulować.
- Tak to świetnie wyregulowała, że w latach siedemdziesiątych w Polsce wilków prawie nie było - obstawała przy swoim Katarzyna.
- No wtedy to nie natura, ale komuniści. A teraz poszło w drugą stronę. Wilk zwierz pojętny, wie, że człowiek mu nie zagraża, i pcha się, gdzie go nie proszą. Szanowna pani, jeszcze rok, dwa i te wasze pupilki zaczną żerować po śmietnikach niczym niedźwiedzie na Alasce.
- Więc co pan proponuje?
- Nie traktować ich jak święte krowy, przywrócić odstrzał.
- Czyli zabijać, tak? - spytała ostro.
Na to od bufetu oderwał się osobnik potężnej budowy i stając na rozkraczonych, krzywych nogach, przysunął twarz do Katarzyny; zionęło od niego przetrawionym piwem. Odniosła wrażenie, że on ma taką twarz, jakby nasunął na nią kaptur, i przyszło jej na myśl przezwisko Kapuza.
- Tępić to ścierwo jak tylko się da! Tępić i nie mieć litości, bo i ony nie mają!
- No, no, Waldek, daj spokój - wtrącił się leśniczy. - Tak też nie można.
- A dlaczego by nie? Że to się nie spodoba różnym pindom!
- Uważaj, co mówisz przy kobiecie! - rzekł ostro Olgierd.
Kapuza wydął pogardliwie usta.
- Kobieta to ma dupę i cycki, a tu kij od szczotki, i to ułamany, bo wzrostu Bozia nie dała...
Obaj towarzysze Katarzyny zerwali się od stolika, ale ona była szybsza, wystarczyły dwa chwyty i przeciwnik wylądował na ziemi.
W gospodzie zapanowała cisza, wzrok wszystkich obecnych skierowany był teraz na otyłego mężczyznę, który niezdarnie podnosił się z podłogi.
(...)
Tym razem usiadła na przednim siedzeniu, obok Olgierda, który z pewnymi trudnościami uruchomił silnik.
- Wyłaś już kiedyś? - spytał.
- Próbowałam w Białowieży, ale wilki nie dały się nabrać, nigdy nie przychodziły.
- To kwestia wprawy - odrzekł - i warunków pogodowych. Jak jest wiatr, one mogą cię nie usłyszeć, szczególnie latem, zimą lepiej się niesie, śnieg nawet przy niewielkim mrozie odbija dźwięki.
- Ale chyba trzeba mieć uzdolnienia wokalne - powiedziała.
Obaj się roześmiali.
- Las to nie opera, a wilki nie publiczność - stwierdził Klunej.
- A ja myślę, że to publiczność, w dodatku bardzo wybredna.
- Jak się daje nabierać na nasze barytony, nabierze się i na twój sopran, zobaczysz - pocieszył ją.
Zaparkowali jeepa na leśnej drodze i ruszyli gęsiego w poszukiwaniu odpowiedniego miejsca do swoich eksperymentów.
- Wilgotno, będzie chyba kiepsko słychać - stwierdził Olgierd.
Po chwili odezwało się pojedyncze wycie. Trwało zaledwie kilka sekund, ale było czymś tak innym od tego, co już znała, że ciarki przeszły jej po plecach. To był najprawdziwszy zew wilka żyjącego na wolności. Łzy napłynęły pod powieki, cieszyła się, że jest ciemno i koledzy nie są świadkami jej wzruszenia, mogliby się potem z niej naśmiewać.
Wycie powtórzyło się kilkakrotnie i trwało dłużej, około minuty, może nawet dwóch.
- Jest sam - wyszeptał Olgierd - szuka zaczepki.
I wkrótce odezwały się inne wilki. Najpierw odpowiedział pojedynczy niski głos, z pewnością samca, po kilku sekundach dołączył drugi, a po chwili zawtórowała cała grupa. Jeden z głosów był wyraźnie wyższy i nagle w połowie się załamał.
- Dziewczyna - mruknął Olgierd - twoja koleżanka. Może jej odpowiesz?
Katarzyna poczuła nagłą tremę, więc on odpowiedział i ta odpowiedź została potraktowana poważnie zarówno przez samotnika, jak i całą watahę, z obu stron nadeszło ostrzeżenie: my teraz rozmawiamy, odczep się.
(...)
W ciągu kolejnych dni jeszcze kilka razy wyjeżdżali na nocne rozmowy z wilkami, jak to Katarzyna nazywała. I wreszcie nadszedł taki moment, kiedy zdecydowała się włączyć do chóru. Nie powinna dłużej zwlekać, bo wilki to zwierzęta wędrowne i w każdej chwili mogły stąd odejść.
Wiedzę teoretyczną miała w małym palcu, wiedziała, że wycie to niejedyny sposób porozumiewania się wilków między sobą. W zależności od sytuacji radość ze spotkania, uległość, pogróżkę wilki wyrażają piskiem, skomleniem, groźnym warczeniem, które aż gotuje się w gardle. Szczekanie na przykład rozlega się najczęściej, gdy w pobliżu nory lub szczeniąt pojawia się intruz.
- Wyjesz czy nie? - ponaglił ją Klunej.
- Wyję - odrzekła zdecydowanie i osłaniając dłońmi usta, wydała z siebie dźwięk, który ćwiczyła wiele razy i który teraz w połowie się załamał.
- Jak prawdziwa wadera - uśmiechnął się Olgierd. - Próbuj dalej.
I stało się, wilki odpowiedziały na jej zew i Katarzynę ogarnęła euforia, chciało jej się krzyczeć, tańczyć, a może nawet płakać z radości. Oto przeszła chrzest bojowy, od tej chwili mogła o sobie myśleć, że jest poważnym badaczem wilczych zwyczajów.
(...)
Wędrowali już kilka godzin, mijając potoki, przy których napotykali tropy. Po incydencie z żubrami Klunej wyraźnie zrezygnował z przepytywania jej i sam objaśniał ślady, pokazując różnice pomiędzy jeleniem, dzikiem i sarną.
Z jaru wyszli teraz na bardziej wydeptaną ścieżkę, którą z pewnością chodzili ludzie.
- Przejdźmy jeszcze kawałek, tam jest kłoda - powiedział - można usiąść, zrobimy sobie postój i coś przetrącimy.
Katarzynie podobał się pomysł przerwy śniadaniowej. Podziwiała Kluneja, wyglądało na to, że zna ten teren na pamięć, co pozwalało mu precyzyjnie zaplanować obserwację. A ona musiała się tego jeszcze nauczyć.
Po kilka minutach marszu na niedużej polanie zauważyli rzędy uli, wokół których kręciły się pszczoły. Klunej od razu stał się czujniejszy, pomyślała, że może boi się pszczół.
- Czy coś się stało? - spytała.
- Nie - odpowiedział. - Głodny jestem.
Ale wydawało jej się, że kryje się za tym coś więcej. Mijali właśnie pasiekę, kiedy powstrzymał ją ruchem ręki. Na załamaniu ścieżki zobaczyła dużą, czarną kulę, Klunej musiał zauważyć ją już wcześniej, stąd jego dziwna reakcja. Czujność... Tego też się muszę nauczyć - przebiegło jej przez myśl.
Niedźwiedź zmierzał wprost w kierunku uli i był chyba tak zaaferowany, że ich nie zauważył. Katarzyna spojrzała pytająco na kolegę; gdyby była sama, rzuciłaby się do ucieczki, lecz on gestem nakazał jej spokój. Potem chwycił ją za ramię i niemal wepchnął pomiędzy dwa rosnące obok ścieżki krzewy dzikiej róży. Poczuła, jak kolce wbijają się w materiał kurtki. Przykucnęli teraz i czekali, co się dalej wydarzy. Nie była pewna, czy to dobry pomysł. Gdyby niedźwiedź zdecydował się zaatakować, mieliby stąd utrudnioną ucieczkę. Jednak w tej sytuacji musiała zaufać Klunejowi, nie miała innego wyjścia.
Ciągle byli blisko ścieżki. Katarzyna usłyszała stąpanie i ciężki oddech zwierzęcia, jednocześnie uderzył ją specyficzny zapach, mieszanka mokrego futra i niezidentyfikowanego smrodu. Spojrzała na Kluneja, a on tylko pokiwał głową. Zrozumiała, że poczuł to samo już wcześniej.
Była naprawdę przerażona, przed oczyma przelatywały jej obrazy ostatnich dni, zupełnie jakby się żegnała z życiem.
Ciekawie się zaczęło - pomyślała - a może się tak skończyć.
Niedźwiedź przeczłapał ścieżką i nagle się zatrzymał, Katarzyna wyraźnie widziała jego ciemnobrązowy zad, a bijący od niego odór był nie do zniesienia. Zwierzę stojące w odległości około dziesięciu metrów od nich podniosło głowę i pijanym ruchem obracało nią w lewo i w prawo, widocznie łapiąc wiatr.
Klunej położył palec na ustach. Wydawało jej się, że to wszystko trwa wieczność, że niedźwiedź się zaraz odwróci i ruszy na nich. Ale po chwili skierował się w stronę pasieki.
Jej towarzysz powiedział szeptem:
- Wycofujemy się.
Chciała wstać, ale nogi odmówiły jej posłuszeństwa i on musiał ją wyciągać z tych krzaków.
- Kończymy na dzisiaj - rzekł spokojnym głosem, jakby nic się takiego nie wydarzyło. - Należy powiadomić leśniczego, że jest tu niedźwiedź. Trzeba go stąd przepędzić, bo zdemoluje pasiekę.
Ten facet chyba nie ma nerwów - pomyślała.
(...)
Nie było wiatru, więc śnieżne drobinki opadały na ziemię jak po sznurku. Przez jakiś czas drogę rozjaśniały światełka od strony wsi, potem nastała absolutna ciemność. Było cicho, tylko śnieg skrzypiał pod nartami. Wspinaczka szła Katarzynie znacznie wolniej, niż sobie założyła, wypchany plecak zaczynał ciążyć.
Niespodziewanie przestało prószyć i nad wierzchołkami drzew zobaczyła rozgwieżdżone niebo. Od razu zrobiło się jaśniej, prowadził ją teraz jej własny cień.
Dobry Pan Bóg zafundował mi latarkę - pomyślała z odrobiną humoru.
Nagle, w odległości może stu metrów, kilka ciemnych sylwetek przecięło jej drogę, znikając w wąwozie. Nie miała wątpliwości, co to za zwierzęta. Kiedy zbliżyła się do miejsca, gdzie przechodziły, poświeciła latarką, rozpoznając duże, nieco podłużne tropy.
Przeszły tędy, bo tu mieszkają - dodawała sobie otuchy - nie lubią spotkań z człowiekiem...
I w tej samej chwili zobaczyła kilka par świecących oczu, po jednej i po drugiej stronie drogi.
Okrążają mnie - pomyślała, czując, jak zamiera w niej serce. Zawrócić? - przebiegło jej przez głowę, zaraz to jednak odrzuciła - jeśli zechcą ją zaatakować, i tak nie zdąży zjechać do wsi. Postanowiła podjąć wyzwanie i wspinać się dalej. A one ją prowadziły, wyraźnie widziała w ciemności ruchome ogniki, nie trzasnęła żadna gałązka, tylko co jakiś czas z przydrożnych krzewów osypywał się śnieg.
Nie potrafiła powiedzieć, jak długo już trwała ta podróż, zimny pot wystąpił jej na czoło, włosy pod kapturem zrobiły się mokre. Przecież one w każdym momencie mogły zastąpić jej drogę, byłaby wtedy zupełnie bezbronna. Olgierd twierdził, że wilki unikają ludzi, a jednak towarzyszyły Katarzynie już kilka dobrych kilometrów. Chwilami wydawało jej się nawet, że ma halucynacje, że to wszystko dzieje się tylko w jej głowie, ale przecież wyraźnie czuła na sobie ich wzrok. Kiedy wreszcie dotarła do polany i zobaczyła migotliwe światło lampy w oknie chaty, prawie nie mogła uwierzyć, że jest cała i zdrowa.
Na jej widok Klunej zrobił taką minę, jakby zobaczył ducha.
- A gdzie Olgierd? - spytała.
- Czeka na ciebie na dole. Gdzie ty się podziewałaś?
- Uciekł mi autobus.
- No świetnie, autobus ci uciekł - powiedział jej kolega, cedząc słowa. - A po co ty jechałaś tym autobusem?
- Do apteki, w końcu jestem kobietą!
Klunej pokiwał tylko z politowaniem głową, a potem zaczął się ubierać.
- A ty dokąd?
- Na dół, bo Olgierd będzie tam siedział do rana - odrzekł mało uprzejmie.
- Ale... ja miałam eskortę, wilki mnie prowadziły!
- Moje gratulacje - odpowiedział, sięgając po stojące w rogu narty.
Czuła, że jej nie uwierzył.
Czekała na kolegów, podkładając polana do ognia. Powoli odchodziło zmęczenie, a to, czego doświadczyła podczas wspinaczki, wydawało się jej teraz przygodą życia. Przecież to było trochę tak, jakby zawarła z wilkami przymierze. Koledzy dotarli do chaty po północy, żaden z nich nie widział wilków. Rano wszyscy troje poszli sprawdzić, czy były jakieś tropy. Były, w wąwozie po obu stronach drogi. Wilki doprowadziły Katarzynę niemal pod sam próg.