Ulice Monachium w Sylwestra 2000 roku. Pośród tłumu witającego nowe stulecie Eliza von Saarow, jedna z bohaterek powieści, wraca myślami do czasów młodości spędzonej na Pomorzu. Pozostawiła tam ruiny rodowej siedziby, groby przodków i wielką miłość swojego życia.
Druga z bohaterek, misjonarka Marianna von Saarow, umiera w Afryce zarażona AIDS. Od czasów wojny i tułaczki te dwie kobiety dzieli rodzinna tajemnica. Czy znajdą w sobie odwagę, aby u schyłku życia się z nią zmierzyć?
Zamek w Krokowej na Pomorzu... a właściwie ruiny tego zamku, otoczone kilkusetletnimi platanami, na wiele lat zawładnęły moją wyobraźnią. W przeszłości, spędzając w tych okolicach wakacje z moją córką, odwiedzałam te ruiny. Córka była wtedy mała, teraz jest już dorosła. Nie ma też ruin zamku, został odbudowany i wiele stracił ze swojej tajemniczości. Choć schody skrzypią tak samo, nie stąpają już po nich duchy. Mimo to postanowiłam wprowadzić na nie moje bohaterki.
Dlaczego zdecydowałam się napisać książkę o dwóch starych Niemkach, które nie mogą pogodzić się z własną przeszłością? Nie ma innego wyjścia: zbyt wiele materiału literackiego zgromadziłam przez te wszystkie lata, zbyt wiele pojawiło się we mnie pytań, na które nie umiałam znaleźć odpowiedzi, abym mogła się teraz wycofać. Pomysł powieści przyszedł mi do głowy ponad dwadzieścia lat temu, kiedy nieznajoma kobieta z pociągu opowiedziała mi swoją historię.
Tuż po wojnie jako młoda dziewczyna została w jednym z pomorskich miasteczek postawiona pod pręgierzem - dlatego że była Niemką. Naga, z zawieszoną na szyi tabliczką z napisem Heil Hitler, przez trzy dni stała na rynku, przykuta łańcuchem do studzienki. Jej prześladowcami byli Polacy, niedawno jeszcze sami prześladowani - za to tylko, że byli Polakami. Zapamiętałam twarz mojej rozmówczyni, opowiadającej mi o zdarzeniu, które odcisnęło piętno na całym jej późniejszym życiu. Musiały minąć lata, aby ta twarz stała się twarzą jednej z moich bohaterek.
- Maria Nurowska
Konieczność wyboru... zawsze się staje przed koniecznością jakiegoś wyboru, myślała, idąc aleją parkową. Był ciepły wrześniowy dzień, więc przedłużyła sobie spacer i teraz bolały ją nogi. Powinna była to przewidzieć, ale tak lubiła Englischen Garten, szczególnie jesienią. Liczyła zresztą na to, że odpocznie w chińskim pawilonie, wypije herbatę i dopiero potem ruszy w drogę powrotną do pensjonatu. Pensjonat! Nazwijmy rzecz po imieniu: dom starców, na który się zdecydowała po długich wahaniach. Mogłaby niczego nie zmieniać, pozostać w swoim mieszkaniu i zatrudnić służącą, ale mieszkanie znajdowało się na trzecim piętrze, a ona nie znosiła windy. Kiedy była młodsza, wchodziła po schodach, z czasem stawało się to coraz bardziej uciążliwe.Więc stanęła przed wyborem: zmienić lokum albo sposób życia. Bo przenosiny do pensjonatu oznaczały zmianę, nie tylko przyzwyczajeń, ale myślenia o sobie. Stawała się oto pensjonariuszką domu opieki, kobietą bez rodziny, którą miano się zajmować za pieniądze. Gdyby jej powiedziano w młodości, że taka będzie jej starość, nie uwierzyłaby. Wtedy wydawało się, że życie upłynie jej w miejscu, w którym przyszła na świat, pośród znajomych twarzy. W pobliżu grobów rodzinnych. Miała też prawo myśleć o obecności wnuków, była przecież kiedyś matką...
Pawilon okazał się zamknięty i chcąc nie chcąc, zawróciła.
Poszukując dla siebie miejsca, brała pod uwagę położenie takiego domu, a także to, ile trzeba będzie tam płacić. Miała pewne oszczędności, ale musiała gospodarować nimi bardzo ostrożnie. Ceny w pensjonatach, które odwiedzała, były wygórowane, a zależało jej na pozostaniu w Monachium. Lubiła to miasto, spędziła tu bowiem większość swojego życia. Jest takie powiedzenie, że nie przesadza się starych drzew. A co z młodymi? Czy nie jest to jeszcze bardziej niebezpieczne? Czy takie wyrwanie z korzeniami ze znajomej gleby nie może skończyć się katastrofą? Była tego dobrym przykładem...
Z ulgą rozpoznała znajomą fasadę domu opieki; był to stary, trzypiętrowy budynek porośnięty dzikim winem, które teraz nabierało koloru purpury. Przytrzymując się balustrady, weszła po schodkach i od razu skierowała się do swojego apartamentu, na parterze. Mijając dyżurkę, pozdrowiła znajomą recepcjonistkę. Eliza lubiła jej twarz, kiedy dziewczyna się uśmiechała, robiły jej się w policzkach zabawne dołki.
- FrauEliza! - zawołała, a gdy Eliza przystanęła, wręczyła jej list.
- List do mnie? - spytała ze zdumieniem.
- I to z daleka - odpowiedziała dziewczyna - aż z Afryki!
Koperta oklejona egzotycznymi znaczkami zaadresowana była na jej nazwisko, więc nie należało myśleć o pomyłce. Ale kto mógł do niej pisać z Afryki? Na odwrocie nie było nadawcy. Rozerwała kopertę.
Droga moja, Elizo - czytała - zapewne zdziwi Cię ten list po latach milczenia. Minęło pół wieku od czasu, kiedy widziałyśmy się po raz ostatni. Stałaś przede mną, Elizo, wyprostowana, nie zaszczyciwszy mnie nawet jednym spojrzeniem. A ja czekałam. Czekałam na Twoje pytanie. Nie zadałaś go jednak. Nie zezwalała Ci na to twoja duma. Ani na chwilę nie byłaś w stanie zapomnieć, kim jesteś. Najpierw byłaś Elizą baronówną Falkenberg, wdową po Ulrichu von Saarow, dopiero potem kobietą... Być może jako kobieta zrozumiałabyś mnie albo chociaż starała się zrozumieć. Przez pół wieku hodowałaś swoją nienawiść do mnie, karmiłaś się nią, to ona trzymała Cię przy życiu. Czułam to niemal każdego dnia, udało Ci się nawet przerzucić tę krwawą nić na drugi kontynent... Dlaczego wtedy, po moim powrocie z Pomorza, swoim milczeniem ułatwiłaś mi podjęcie tamtej decyzji? Piekło wyrzutów sumienia jest piekłem najgorszym, nie mógł tego umniejszyć fakt, iż włożyłam habit zakonny. Przywdziałam go jako dojrzała osoba, unikam tu słowa kobieta, bo chyba tak naprawdę nie byłam nią nigdy. Ty byłaś kwintesencją kobiecości, próbowałam Cię naśladować, lecz tak nieudolnie... że przestałam. Mogłam przeżyć tylko coś, czego Ty nie zaznałaś. Z dala od Ciebie. To główny powód, dla którego opuściłam Niemcy na zawsze... Latami powtarzałam sobie, że to Ty jesteś bardziej winna, to Ty skazałaś nas obie na mękę milczenia; milczenia, które zatruwa duszę, jest jak powolna śmierć. Ona nadchodzi naprawdę, Elizo. Moje dni są policzone, zmogły mnie wiek i choroba. Mam głęboką nadzieję, że nie odmówisz mojej prośbie i przybędziesz do łoża umierającej. Twoja obecność tutaj jest konieczna dla spokoju mojej i Twojej duszy.
matka Elżbieta
Ja jeszcze nie umieram, więc się tak o moją duszę nie troszcz, pomyślała z nutą mściwej satysfakcji. Jak ona to sobie wyobraża, że opuści swoje schronienie i uda się w nieznane? Nie ruszała się stąd, odkąd skończyła siedemdziesiątkę, czyli od z górą pięciu lat, i miałaby to zmienić tylko dlatego, że Marianna von Saarow nagle zapragnęła się z nią zobaczyć? Żeby to jeszcze była podróż do cywilizowanego miejsca. Ale ona ją wzywa do buszu. Wiadomo, misjonarki żyją w spartańskich warunkach, na co w żadnym wypadku nie ma ochoty. Od lat na śniadanie podają jej kawę ze śmietanką i maślane bułeczki i nie ma zamiaru z tego rezygnować. Włożyła habit zakonny! Coś takiego... nigdy by się po szwagierce tego nie spodziewała... Wszystko jedno, czegokolwiek ta matka Elżbieta od niej chce, niech sobie nie myśli, że uda jej się zburzyć tak ciężko wywalczony spokój. Nie uda się to nikomu. Postanowiła nie oglądać się wstecz. Postanowiła tak tamtego dnia, kiedy szwagierka wróciła z Polski.
Polska... tak dawno nie przywoływała w myślach tej nazwy. Budziła w niej uczucia nie takie, jakich tamta by mogła się po niej spodziewać... To były uczucia dobre, wiążące się z młodością. Oto ma osiemnaście lat, jest wczesny ranek, budzi się w swoim pokoju. Biała toaletka z lustrem, obok niej fotel obity materiałem w wytłaczane róże, ten materiał był koloru kości słoniowej, tak jak tapety na ścianach i ciężkie okienne story. Wystarczyło je odsunąć, aby całe wnętrze wypełniło się światłem. Okna jej pokoju wychodziły na wschód, za nimi rozciągał się widok na park z barokowym pawilonem stylizowanym na grotę, lubiła się tam bawić jako dziecko, często chowała się przed Madame, która uczyła francuskiego w taki nudny, monotonny sposób. A dookoła tyle było ciekawych rzeczy. Coś się działo w kuźni, w stajniach, w spichlerzach, prawdziwe życie toczyło się w pałacowych oficynach, skąd dochodził gwar rozmów, ludzki śmiech... Pewnie tam wiatr hula, pomyślała z nagłą przykrością, bo przecież pałac został spalony zaraz po wejściu Rosjan w początkach czterdziestego piątego roku. I z tego, co wie, nie odbudowano go, jak zamku w Saarow. Polacy przechrzcili to na Zarowo. Ich prawo, prawo zwycięzców. Nie pojechała tam, kiedy już było można. Ani do Falkenbergu, gdzie pozostały ruiny jej rodowej siedziby. Marianna też nie pojechała. Mimo że tylko one dwie pozostały przy życiu z całej rodziny. Eliza postarała się zresztą, aby hrabiów von Saarow rozmnożyć, z konieczności. Każdy z sześciu adoptowanych synów wypłaca jej miesięcznie 800 marek. Czysta transakcja, oni otrzymali tytuł dla siebie i swoich potomków, a ona fundusze na opłacenie pensjonatu. Zastrzegła sobie tylko, aby żaden z nowych członków rodziny jej nie odwiedzał, nie życzyła sobie bliższych kontaktów, a wszelkie wynikłe z tego pokrewieństwa sprawy miały być załatwiane drogą listowną.
W pensjonacie miała do dyspozycji dwa pokoje, pokój sypialny i pokój dzienny, tudzież przestronną werandę, z której można było zejść wprost do parku. Na miejscu był lekarz. Na wypadek gdyby odczuwała potrzebę zwierzeń, także psycholog. Nie korzystała nigdy z jego pomocy, zatrudniała natomiast sekretarza, najczęściej jakiegoś studenta. Lubiła towarzystwo ludzi dużo młodszych od siebie i zdecydowanie wolała mężczyzn. Z biegiem lat zresztą rola sekretarza się zmieniała, dawniej wybierała się z nim do teatru, do kina, do cukierni, czasami na wieczorek taneczny w jakiejś restauracji, ale raczej nie tańczyła, siedząc przy stoliku patrzyła na innych. Nawet kiedy mogła jeszcze uchodzić za atrakcyjną kobietę, zachowywała dystans wobec swojego towarzysza, jego rola była ściśle określona. Gdy przestała opuszczać pensjonat, wymagała, aby wyszukiwał jej ciekawe lektury wśród światowych nowości, czytała po angielsku i po francusku. Zawsze szła do łóżka z książką, ale od paru lat oczy ją już zawodziły, zarządziła więc, aby sekretarz przyjął rolę lektora i nagrywał dla niej wybraną prozę na taśmę magnetofonową, nie lubiła poezji. Spotykała się z nim rano, zaraz po śniadaniu. Przyjmowała młodego człowieka w saloniku, gdzie streszczał jej artykuły z porannej prasy, a gdy jakiś problem ją zainteresował, prosiła o więcej szczegółów. Ostatnio była to wyborcza porażka kanclerza Kohla. Osobiście uważała, że jest ona przejściowa i że Niemcy jeszcze za nim zatęsknią. I jak życie pokazało, nie myliła się. Socjalizm w jakiejkolwiek formie nie może się sprawdzić, bo nie uwzględnia indywidualności człowieka - powtarzała.
Wydawało się, że jej życie dobiegnie końca bez większych niespodzianek. Aż tu nagle ten głos z przeszłości. Coś z tym trzeba było zrobić. Nie mogła udawać, że list z Afryki do niej nie dotarł. Minęło już kilka dni, odkąd go jej doręczono.
Ujęła słuchawkę i wykręciła numer Vaclava Pavelki, którego zatrudniała dopiero od kilku miesięcy. Był Czechem, ale miał matkę Niemkę. Kończył właśnie prawo na uniwersytecie monachijskim, a przedtem mieszkał w Trewirze. Jego rodzice rozstali się, kiedy był dzieckiem, i matka wyjechała z Pragi w rodzinne strony, zabierając go ze sobą. Ojciec, znany czeski opozycjonista, chociaż wszystko przemawiało za wspólnym wyjazdem, postanowił zostać w kraju. Vaclav opowiadał jej o rozczarowaniu ojca do reform w Czechach, o jego rezygnacji z wysokiego stanowiska. Nowa rzeczywistość okazała się o wiele bardziej skomplikowana niż dawny czarno-biały świat. Od nowa nawiązali kontakt, gdy Vaclav zaczął studia.
Podobał jej się ten nowy sekretarz, miał w sobie jakiś wdzięk, tę słowiańską miękkość, która zawsze ją pociągała. Być może z tego powodu przed laty, gdy tylko przejęła rządy na zamku w Saarow, zaczęła kompletować polski personel, stopniowo zwolniła niemal wszystkich Niemców, co teść miał jej bardzo za złe. Teść... osobny rozdział w jej życiu. Stary hrabia zmarł dawno temu, teraz nie oceniała go już tak negatywnie jak kiedyś. W końcu Otton graf von Saarow niezamierzenie dla samego siebie stał się męczennikiem. Zakończenie jego żywota z pewnością nadawało się do utrwalenia w legendzie. Nie chciał opuścić majątku, kiedy zbliżali się Rosjanie, postanowił wyjść naprzeciw swojemu losowi i przyjąć z pokorą to, co mu przeznaczył. Opowiadano jej, że czekał na zwycięzców w zamku. Podobno zdziwił się, że nie zastrzelili go od razu, ale skoro tak, pełnił honory domu, oprowadzając ich po pokojach. Wieczorem przybysze urządzili pijatykę, jedynym trunkiem, którego nie zabrakło, był samogon z zamkowej gorzelni. Zaprosili hrabiego do stołu ustawionego w holu na wprost schodów. Usiadł skromnie z boku, z przepraszającym uśmiechem. Jego czas się skończył wraz z nadejściem nowych władców. To już nie był jego świat. Świat Hitlera też nim nie był, ale ciągle miał jeszcze zamek, teraz aby zachować życie, musiałby go opuścić chyłkiem i uciekać. Nie pozwoliła mu na to duma. Goście całkiem o nim zapomnieli, rozpanoszyli się tu na dobre, aż wzrok któregoś z nich spoczął na zgarbionej sylwetce.
- Nu, graf - wykrzyknął Rosjanin, wznosząc kielich nad głową - nic nie pijesz, nic nie jesz, to może wejdziesz tam do środka. - Wskazał na wystawioną w holu czterechsetletnią augsburską zbroję. Hełm zakończony był pióropuszem, łuska napierśnika cyzelowana złotem połyskiwała matowo w świetle kandelabrów. Zbroja wewnątrz była pusta, pijani sołdaci kazali więc hrabiemu w nią wejść i pełnić honorową wartę. Początkowo z otwartą przyłbicą, bo chcieli widzieć jego twarz. Potem któryś z biesiadników z trzaskiem ją zamknął. Co jakiś czas wlewali do środka trochę samogonu, aby starszemu panu nie zaschło w gardle. W końcu przestało ich to bawić. Kiedy posnęli, leżąc, gdzie popadnie, na krzesłach, stołach, pod ścianami, lokaj odkrył w żelaznej pułapce zesztywniałe zwłoki. Tej nocy podobny los spotkał jedyną siostrę grafa, która, jak i on, odmówiła ucieczki. Z innych co prawda powodów. Była od hrabiego znacznie starsza i uważała, że nogi daleko już jej nie poniosą, lepiej więc ginąć u siebie. W pałacyku myśliwskim, w którym się schroniła, Rosjanie pojawili się mniej więcej w tym samym czasie co na zamku Saarow. Kiedy byli już dobrze podpici, kazali zawołać tę swołocz germańską, staruchę grafinię. Rozkazali jej wyjść przed fronton pałacyku i stanąć na środku gazonu, po czym zaczęli się zabawiać, puszczając serie z pepeszy wprost pod jej stopy. Staruszka przestępowała z nogi na nogę, co z daleka wyglądało, jakby podskakiwała. Budziło to ogólną wesołość. W końcu zabłąkana kula trafiła ją w szyję. Z przebitej arterii trysnęła krew. Sołdaci nie pozwolili nikomu podejść do kobiety, więc szybko wykrwawiła się na śmierć. Ukochana siostrzyczka Ottona von Saarow tak właśnie dokończyła żywota... Eliza jej nie lubiła, bo zawsze stawała po stronie brata, a nawet buntowała go przeciwko synowej zaprowadzającej nowe porządki na zamku. A przecież Emma von Saarow, matka Ulricha, jej męża, przekazała jej swoją władzę. Emma od lat nie mieszkała z rodziną, przebywała w ich domu w Zoppot. Urodziła Ottonowi czworo dzieci. Tylko to ją z mężem łączyło. Była osobą subtelną, uzdolnioną muzycznie i wykształconą i raziło ją zarówno prostactwo męża, jak i dwóch starszych synów, którzy wrodzili się w ojca. Dopiero najmłodszy Wolfgang zaskarbił sobie jej uczucia, odziedziczył też talent muzyczny. Emma pragnęła, aby kształcił się w tym kierunku, ale natrafiła na zdecydowany opór męża i Wolfi zaczął studiować prawo w Heidelbergu. Z Heidelbergu przyjechał na ślub Elizy z Ulrichem.
Wtedy Eliza zobaczyła go po raz pierwszy, w dniu ślubnej uroczystości, wczesnym rankiem. Wybiegła właśnie z drzwi w bocznym skrzydle, w którym przygotowano pokoje dla młodej pary - do dnia ślubu ze zrozumiałych względów tylko ona tam przebywała - więc wybiegła stamtąd jak zwykle niczym burza i niemal się z nim zderzyła. Zatrzymała się gwałtownie, a niestarannie upięte włosy rozsypały jej się na ramiona i plecy. Miała, jak to się mówiło, duże włosy, gdyby ich nie przycinała, wkrótce mogłaby się nimi okrywać niczym płaszczem. Nie była z tego powodu zbytnio zadowolona, te ciężkie sploty jej zawadzały, ale w tamtych czasach w jej stronach noszenie krótkiej fryzury uważano za niestosowne. To było dobre dla szansonistek, ale nie dla spadkobierczyni fortuny Falkenbergów i przyszłej pani na zamku Saarow. Ich spotkanie na schodach... oczy Wolfiego... Nikt nigdy tak na nią nie patrzył, Wolfi miał głębokie, ciepłe spojrzenie, takie słowiańskie... Czy już wtedy go pokochała? Od pierwszej chwili na całe życie, bardzo niedługie jego życie i bardzo długie jej...
Podniosła słuchawkę.
- Vaclav? Mówi Eliza Saarow... Dzwonię tak nieoczekiwanie, bo... potrzebuję pana dzisiaj, jeżeli to możliwe, około piątej po południu, aby omówić pewną sprawę. Czy miałby pan czas? Doskonale, więc czekam.
Po co właściwie go wezwałam, pomyślała, rozłączając się, czy on może mi pomóc rozwiązać ten problem? Jest zbyt młody. I obcy. Ale wszyscy byli obcy. Także ta kobieta oddalona o tysiące kilometrów, na innym kontynencie. Z jakiego powodu przerwała milczenie, które dawno uznała za rzecz naturalną. Nie rozumiała też, o jakiej nienawiści tamta pisze. Matka Elżbieta wyłaniała się z niebytu, latami nieprzywoływana w myślach. Nie zastanawiała się nad tym, co się z nią dzieje i czy w ogóle jeszcze żyje. Marianna von Saarow była cieniem przeszłości, który się nagle zmaterializował.
A gdyby odwołać spotkanie z sekretarzem i udać, że ten list w ogóle nie nadszedł? Jak można pisać w sposób tak niestosowny. Umieram, przyjeżdżaj. Nie wolno nikogo zmuszać, aby był świadkiem twojej śmierci, umierać powinno się w samotności, ale ta mała Marianna zawsze była niezłą komediantką, chyba nawet kiedyś marzyła o scenie. Jednak wybuchła wojna, a gdyby nie wybuchła, i tak rodzina nigdy by się na to nie zgodziła. Więc zamiast aktorką została misjonarką, też ma audytorium... Swoją drogą to zdumiewające, że szwagierka znalazła się w Afryce w stroju zakonnicy. Nic nie zapowiadało u niej żarliwej wiary, chyba trzeba być bardzo zakochanym w Bogu, aby zdecydować się na coś takiego. Pamięta, że uczestnicząc w niedzielnych nabożeństwach, obie się nudziły, więc wymyślały sobie różne rozrywki, na przykład liczyły, ile jest w kościele kobiet w kapeluszach, a ilu mężczyzn z brodą, potem porównywały, czy liczby się zgadzają. Czy wtedy, w młodości, były przyjaciółkami? Marianna wodziła za nią wzrokiem, odkąd Eliza pojawiła się na zamku, chodziła za nią krok w krok. Pewnie tęskniła za kobiecym towarzystwem, nic dziwnego, matka przebywała daleko, a tutaj byli tylko mężczyźni, ojciec i bracia, nie licząc służby, z którą nie należało się spoufalać. Służbę należało traktować uprzejmie i z dystansem, tego ich wszystkich uczono, a ponieważ Eliza się do tego nie zastosowała, od razu popadła w konflikt ze swoją nową rodziną, głównie z teściem. Nie przejmowała się tym zbytnio. Otton von Saarow był jak stary odyniec, który stracił kły, złościł się, fukał, ale nie atakował. Wychodziła zwycięsko z takich potyczek, a on wycofywał się do swoich pokoi. Tam starał się egzekwować resztki władzy. Eliza zawsze zręcznie to wykorzystywała, chcąc pozbyć się kogoś z personelu. Na przykład Helgi. Była to wyjątkowo niesympatyczna osoba, wredna Niemra - jak o niej mówiła pokojówka Genusia. Właśnie, Helga była Niemką i to wystarczało, aby stary hrabia traktował ją lepiej od innych. Należało zaczekać na przypływ jego złego humoru. Poleciła swojej pokojówce podrzucić w przedpokoju starszego pana psie gówienko i nie sprzątać pod żadnym pozorem. Hrabia wyznaczał służbie zadania i nie znosił, jeśli się do tego nie stosowano. Gówienko leżało przez jakiś czas na dywanie, wreszcie graf von Saarow kazał wezwać do siebie swoją podopieczną.
- Helgo - Eliza usłyszała jego podniesiony głos - czy Helga sprzątała dzisiaj w moich pokojach?
- Sprzątałam.
- A wczoraj?
- Też sprzątałam.
- A przedwczoraj?
- Tak samo.
- To dlaczego w przedpokoju od kilku dni leżą psie odchody?
Chwila ciszy.
- Bo to niech Polki zrobią, one są od brudnej roboty. Ja tutaj dziewięć lat pracuję i zarabiam trzydzieści marek, a taka eine Polin u młodej pani hrabiny tylko przyszła i dostaje trzydzieści pięć!
Eliza usłyszała dziwny dźwięk, coś jak bulgotanie, a potem ostry głos teścia:
- W takim razie niech Helga spakuje swoje rzeczy i do jutra ma jej tu nie być!
Prywatna wojna Elizy miała o wiele łagodniejszy przebieg niż ta, która toczyła się za murami zamku, lecz o ile tę prywatną na pewno chciała wygrać, o tyle w tej drugiej raczej życzyła zwycięstwa stronie przeciwnej. I tak w duchu cieszyła się, że Ulrich, jej mąż, wcielony został w trzydziestym dziewiątym roku do polskiej armii, bo przecież mieszkali na polskim terytorium i mieli polskie obywatelstwo. Stary hrabia przyjął je, a z nim cała rodzina, z obawy, aby mu polskie władze nie odebrały dóbr ziemskich, tudzież rodowej siedziby. Musiało go to jednak gnębić, bo często podkreślał, że czuje się Niemcem, ale gotów był pójść na wszelkie ustępstwa, byle tylko zachować ziemię. Gdyby obstawał przy swoim, musiałby opuścić Prusy Zachodnie, swój Heimat, i osiedlić się w republice weimarskiej, jak inni Niemcy z tych stron, którzy zadowolili się odszkodowaniem.
- Myśmy tu trwali od siedmiuset lat! - mówił podniesionym głosem. - Byliśmy tu i będziemy! Jako Niemcy, jako Polacy, znowu jako Niemcy...
Ale Niemcy w hitlerowskich mundurach chcieli majątek skonfiskować, bo w ich oczach stary hrabia, mając polskie obywatelstwo, był Polakiem. Teść jeździł w tej sprawie do Berlina i widać przekonał kogo trzeba, że jednak na przekór formalnościom ma niemiecką duszę. Saarow pozostało w jego rękach, choć nie do końca, bo musiał przepisać majątek na najmłodszego syna Wolfganga, który przebywał na terytorium Niemiec i po wybuchu wojny został wcielony do Wehrmachtu. Na ślub brata przyjechał w mundurze, Ulrich w październiku odwiesił swój mundur polskiego kawalerzysty do szafy. I te dwa uniformy spokojnie wisiały obok siebie, kiedy Wolfgang przebrał się w cywilne ubranie. Eliza zauważyła, że jej polska pokojówka tak te mundury odsuwa, żeby się ze sobą nie stykały.
- Boisz się, że się pogryzą? - spytała.
Genusia się zaczerwieniła po czubki włosów, miała jasną karnację i rumieniec sprawiał, że jej twarz stawała w ogniu.
- Mogłyby się pognieść - odpowiedziała.
Dziwne to były czasy, miało się uczucie stąpania po zdradliwym gruncie, jeden nieuważny krok i można się zapaść po kolana, nawet głębiej, do pasa albo po szyję. Takie snuła myśli, idąc do ołtarza z mężczyzną, którego przyszło jej poślubić. Wiedziała już wtedy, że to nie jest ten mężczyzna...
Sekretarz zjawił się punktualnie o piątej po południu. Przyjrzała mu się uważnie, jakby widziała go po raz pierwszy. Był dość wysoki, a przy tym bardzo szczupły, wręcz chudy. Jasne włosy, krótko ostrzyżone, sprawiały, że jego twarz wydawała się bardziej pociągła niż w rzeczywistości. I gdyby nie inteligentne, bystre spojrzenie niebieskich oczu, mogłaby powiedzieć, że jest nijaki. To spojrzenie wyróżniało go z tłumu.
Zadzwoniła na pokojową i poprosiła o podanie podwieczorku dla dwóch osób. Kaffe und Kuchen. I jeszcze owoce.
- Wezwałam pana, bo mam pewien problem... którego w żaden sposób nie potrafię rozwiązać...
Umilkła speszona niezbyt fortunną wypowiedzią. Po chwili ponowiła próbę wytłumaczenia młodemu człowiekowi, o co naprawdę chodzi.
- Chodzi o to, że otrzymałam list i ten list wymaga odpowiedzi... podjęcia przeze mnie działania, które nie jest możliwe ze względu na okoliczności...
Znowu umilkła, weszła pokojówka z tacą, postawiła na stoliku dwie filiżanki, cukiernicę i talerzyki z ciastem.
- Proszę przynieść owoce - upomniała ją Eliza, a kiedy dziewczyna, dygnąwszy, wyszła, powiedziała do sekretarza: - Nie lubię trzymać niczego do jedzenia w pokoju, ze względu na te małe muszki...
Zamieszała kawę srebrną łyżeczką.
- Pewna osoba, której nie widziałam przeszło pięćdziesiąt lat, napisała do mnie...
Nagle poczuła się zupełnie bezradna, a było to uczucie, jakiego od dawna nie doświadczała. Bezradność nie leżała w jej naturze, Eliza z każdej sytuacji umiała znaleźć wyjście. Nigdy się długo nad niczym nie zastanawiała, skoro był problem, należało go rozwiązać, a jeżeli okazywało się to niemożliwe, trzeba było o nim zapomnieć. Ale w tym przypadku problem nie dawał się usunąć ze świadomości. Aby móc istnieć, Eliza pozostawiła za sobą dawne życie i nie powracała do niego nawet w myślach, oddzieliła czas teraźniejszy od przeszłego w sposób zdecydowany i nieodwołalny, niby cięciem skalpela. Jej młodość, rodzinne strony, groby bliskich to były tematy tabu. Kiedy znalazła się w Niemczech w początkach czterdziestego szóstego roku, miała dwadzieścia jeden lat. Pozostawiła to wszystko na granicznym przejściu, porzuciła niczym znoszone ubranie... A może jeszcze nie wtedy, może wciąż czekała. Tak, czekała z tą amputacją przeszłości do powrotu szwagierki. Wyrok na tamto jej życie zapadł w momencie, gdy się okazało, że Marianna wróciła z Polski sama...
Sekretarz był człowiekiem niezwykle taktownym, nie zadawał pytań, czekał, aż Eliza przekaże mu w miarę zrozumiałe informacje.
- Sprawy tak się mają - podjęła kolejną próbę - że napisała do mnie moja szwagierka, która przebywa w Afryce... jest stara jak ja... chora, a nawet, zdaje się, umierająca...
Zapadło milczenie, Vaclav Pavelka patrzył na czubki swoich butów.
- Chce, abym do niej pojechała!
Sekretarz podniósł głowę i spojrzał na Elizę pytająco.
- Czy... miałbym pani towarzyszyć?
Tak! To było wyjście, którego bezskutecznie poszukiwała od kilku dni. Że też nie wpadła na to od razu.
- Nie, pan pojedzie tam sam. Pojedzie pan i wybada sytuację. Czego ona ode mnie oczekuje...
W jego oczach pojawił się przestrach.
- Ja, pani hrabino... jak ja tam mogę pojechać? Jako kto?
- Jako mój sekretarz.
- Ale... ta pani jest chora, a nawet umiera... więc jak to będzie wyglądało?
Eliza machnęła ręką.
- Ach, to osoba skłonna do przesady, gdyby było naprawdę tak źle, nie wysyłałaby do mnie wiadomości. Ludzie umierający zajmują się umieraniem, a nie pisaniem listów. Rzecz w tym, czy jest pan w stanie to dla mnie zrobić?
Sekretarz milczał.
Niestety, pomyślała, na nikogo nie mogę liczyć, poza sobą. Nawet Marianna chce teraz przerzucić na nią ciężar umierania, jeżeli rzeczywiście umiera. Jak w ogóle śmie ją tym obarczać! Ona nigdy by czegoś podobnego nie zrobiła. Nie potrzebowała świadków swojego życia, była samowystarczalna. To trochę tak, jakby cały czas przeglądała się w wewnętrznym lustrze, które pomagało jej korygować życiowe błędy. Tylko raz ta metoda ją zawiodła, pomyliła się w swoich obliczeniach, czegoś nie przewidziała. Nie przewidziała, że skręci nogę i do Polski zamiast niej pojedzie Marianna... Jej mała córeczka Julia... byłaby teraz starzejącą się już kobietą. Czy potrafiłyby się porozumieć? Eliza zamknięta w sobie, nieokazująca uczuć, przesadnie dbająca o swój wygląd, zewnętrzny wizerunek. Nikt od dawna nie oglądał jej niestarannie ubranej, bez makijażu, nawet sprzątaczka. Kiedy raz jeden, odkąd przebywa w tym domu, przytrafiła jej się poważniejsza niedyspozycja, długo nie mogła sobie wybaczyć, że lekarz zastał ją w szlafroku. Ale może gdyby Marianna przywiozła wtedy małą Julię, byłaby inna. Taka jak w przeszłości, na Pomorzu. Jako młoda osoba kipiała nadmiarem energii i według matki była zbyt łatwowierna. Czy to możliwe, że właśnie taka była? Ona, nieufająca nikomu poza sobą.
- Mógłbym pojechać do Afryki, pani hrabino - usłyszała głos sekretarza - ale co ja mam tej pani powiedzieć?
Eliza uśmiechnęła się z wyższością.
- To ona ma nam coś do powiedzenia, drogi Vaclavie - odrzekła.
Kobiety są dziwne i są z nimi same kłopoty, myślał Vaclav Pavelka, udając się taksówką na lotnisko Zaventem w Brukseli, skąd odlatywały samoloty do Zairu. Do tej pory jego doświadczenia z kobietami kończyły się na własnej matce, która była wystarczająco kapryśna i niekonsekwentna, aby go zrazić do zawierania bliższych kontaktów z innymi przedstawicielkami tej płci, nawet dużo młodszymi. Każda pewnie by miała swoje humory. A czy hrabina von Saarow miała humory? Trudno by było tak to nazwać. Wydawała się przeciwieństwem matki, zdecydowana i chyba nazbyt konsekwentna we wszystkim, co zamierzyła. Nie bardzo rozumiał, jak to się stało, że przyjął tak dziwaczną propozycję. W tamtej chwili wydawało mu się, że nie może postąpić inaczej. Potem nie był już taki tego pewien, ale nie wypadało mu się wycofać. Sytuacja wyglądała więc następująco: nieopatrznie zgodził się pełnić rolę mostu powietrznego pomiędzy dwiema starymi kobietami, pozostającymi od lat w konflikcie, w dodatku jedna z tych kobiet była umierająca. Co z tego wyniknie, nie umiał przewidzieć. Miał jednak niejasne przeczucie, że nic dobrego.
Taksówka utknęła w korku, znalazł się w morzu samochodów, które poruszały się z prędkością pięciu kilometrów na godzinę, a do odlotu pozostało niewiele czasu, zważywszy że miał ze sobą bagaże. Nie bardzo wiedział, co zabrać. W Brukseli temperatura utrzymywała się w okolicy zera, a tam z pewnością panowały tropikalne upały. Mało wiedział o Afryce, tyle co wszyscy, przed wyjazdem sięgnął po książki Karen Blixen, ale to była Afryka literacka. Jaka okaże się ta prawdziwa? Z pewnością o wiele mniej romantyczna. Przez chwilę pomyślał, że chciałby to wszystko mieć już za sobą. Nie był typem podróżnika. Najlepiej się czuł przy swoim biurku z nosem w szpargałach. I tkwiłby przy nim do tej pory, gdyby nie anons w prasie, który przypadkowo przeczytał

