Radca prawny Jerzy Baran zostaje zastrzelony w swoim warszawskim mieszkaniu. Śledztwo prowadzi komisarz Zawadka, doświadczony policjant, wciąż szukający spełnienia zawodowego - zadania, które odmieni jego życie. Instynkt podpowiada mu, że taka sprawą będzie zabójstwo Jerzego B. Do zbrodni przyznaje się była konkubina denata, pisarka Nina S., jednak komisarz nie daje wiary jej wersji wydarzeń. Aby dotrzeć o prawdy, studiuje dziennik pisarki i zeznania jej córek bliźniaczek. Poznaje losy trzech kobiet. Ich pragnienia, lęki i skrywane od lat tajemnice. Wkracza do świata, w którym miłość splata się z podłością, a o uczucie i godność trzeba nieustannie walczyć. To świat, w którym za chwilę nieuwagi i nieostrożności płaci się wysoką cenę.
Maria Nurowska po mistrzowsku nawiązuje do gatunku powieści kryminalnej, aby wygłosić pean na cześć miłości między matką a córkami, między siostrą a siostrą. Złemu światu mężczyzn przeciwstawia czuły i delikatny świat kobiet. Toksycznemu uczuciu - doznanie, które wyzwala. Bohaterowie Sprawy Niny S. to postaci tragiczne. Wtłoczone w tryby historii i niebezpiecznych namiętności.
Następnego dnia Zawadka wychodził właśnie od fryzjera, kiedy zadzwoniła komórka:
– Co jest?
– Przesłuchaliśmy tę pisarkę, panie komisarzu, i przyznała się – zameldował Aksamitny.
– Jak to przyznała się?
– No, oświadczyła, że to ona zabiła Jerzego Barana, i powiedziała, że oczekuje aresztowania, odmówiła też składania wszelkich wyjaśnień.
Skoro tak, o wyjaśnienia poproszono jej córkę, Gabrielę Sworowicz.
Do pokoju przesłuchań weszła niezbyt wysoka szatynka, dość skromnie ubrana.
– Od czego mam zacząć? – spytała komisarza Zawadkę.
– Najlepiej od początku – odparł. – Skoro Nina Sworowicz milczy, pani musi opowiedzieć nam wszystko, co pani wie o życiu swojej matki.
(nagranie)
Nazywam się Gabriela Sworowicz-Olszewska, mam trzydzieści dziewięć lat, stan cywilny: wdowa, zawód: pedagog.
Według Freuda nikt nie jest bardziej bezbronny wobec cierpienia niż ten, kto kocha... to by pasowało do naszej mamy Niny, jak ją nazywała w dzieciństwie moja starsza o cztery minuty siostra. Na złość, że mama nie pozwala mówić do siebie po imieniu. „Jak tak, to będzie mamą Niną i już” – zawyrokowała.
Więc mama Nina była bezbronna wobec tego, co ją spotkało. W jednej chwili runęły dwa filary jej życia: miłość do mężczyzny i dom, a właściwie to dom utraciliśmy my wszyscy, cała nasza czteroosobowa rodzina: mama, moja siostra Lilka, jej syn Piotruś, no i ja...
Miałyśmy nie więcej niż osiem lat i siedząc na schodkach werandy, dobijałyśmy targu. Rzecz w tym, że bardzo mi się nie podobało moje imię, a nawet szczerze go nie cierpiałam. Brzmi ono Gabriela, więc w domu nazywano mnie Gapcią, a w szkole Gapą. Lilka zgodziła się zostać tą Gapcią za zdjęcie Janusza Gajosa z dedykacją, czyli Janka z Czterech pancernych, ale niestety zamiana nie doszła do skutku, bo mama nie dała się na to nabrać. Ona jedna nas rozpoznawała, mimo że byłyśmy identyczne, obie skośnookie, ciemnowłose, z grzywką. Tylko charaktery miałyśmy różne. Kiedy robiłam mamie wymówki, że mnie tak dziwacznie nazwała, ucinała krótko, że moje imię jest oryginalne i piękne. Może dla takiej literatki jak ona, ale nie dla moich kolegów i koleżanek, po prostu nabijali się ze mnie.
Jak wiadomo mama jest pisarką i odkąd pamiętam, wszystko kręciło się wokół tego, czy będzie miała natchnienie. Od jej natchnienia zależała nasza codzienna egzystencja. I to było bardzo męczące dla wszystkich domowników, a trzeba dodać, że mieszkał z nami jeszcze dziadzio Aleksander Sworowicz, tata naszej mamy, który, odkąd pamiętam, był już bardzo stary. A właściwie my u niego mieszkałyśmy, bo dom ten dziadzio zbudował przed wojną światową dla swojej rodziny: żony, to znaczy naszej babci, i swoich przyszłych dzieci. Ciocia Zofia, a właściwie Zocha, bo tak o niej mówimy, jest starsza od naszej mamy o całe dwadzieścia lat. Mama była późnym dzieckiem. „Przytrafiła się” – jak czasami dziadzio żartował. Siostry są nawet do siebie podobne, tylko to, co u naszej mamy jest ładne, u ciotki Zochy szpeci: zbyt wydatny nos, wyblakły kolor oczu i grube łydki. Nasza mama ma naprawdę fantastyczne nogi. Lilka uważała, że to wszystko się marnuje, bo długi czas nie widać było na horyzoncie żadnego mężczyzny.
Co do ciotki Zochy, zawsze się strasznie szarogęsiła. Jej to się naprawdę dobrze powodziło, miała prywatny gabinet dentystyczny w Alejach Jerozolimskich róg Poznańskiej i jeszcze podobno miała renomę. Ciągle o tej swojej renomie mówiła, więc sprawdziłyśmy z Lilką w słowniku, że to „sława, rozgłos, wziętość”. Z francuskiego renommée. Lilka uczyła się tego języka, ja wolałam angielski. Mama dała nam do wyboru jeden język zachodni, poza tym obowiązkowym w szkole. Więc Lilka wybrała francuski, bo jej zdaniem był elegancki. Wybierała się na filologię romańską, ale jak to w życiu bywa, skończyła zupełnie inne studia i tym ważniejszym językiem stał się dla niej angielski, którym dawniej tak pogardzała.
Wracając do naszego domu, dziadzio zbudował go w Brwinowie, w letniskowym miasteczku pod Warszawą, według projektu znanego architekta Marconiego. Wszyscy, którzy do nas przychodzili, wychwalali głośno cudowne proporcje naszej willi i w ogóle samą willę. Ja tych zachwytów nie podzielałam, bo zwyczajnie nasz dom się sypał i widać to było gołym okiem. Nie miałyśmy pieniędzy na remont, dziadzio dostawał małą emeryturę jako profesor uniwersytecki i tylko czasami pisał na zlecenie recenzje prac doktorskich. My się jeszcze uczyłyśmy. Więc biedna mama musiała wszystko sama ciągnąć. Niestety za często to powtarzała i nam z siostrą aż się przewracało w brzuchu, jak tak zaczynała biadolić nad swoim losem. Lilka jej kiedyś poradziła, żeby wyszła bogato za mąż i wtedy ten jej mąż wyremontuje nam dom. Ale mama odpowiedziała na to:
– Nie bądź bezczelna.
– Ja tylko jestem praktyczna – odszczeknęła moja siostra – i na pewno lepiej się urządzę niż ty.
A mama na to:
– Zobaczymy.
Jak pokazało życie, było w tym dużo racji. Już we wczesnym dzieciństwie Lilka potrafiła o siebie zadbać, ja zwykle ładowałam się wprost do kałuży, a ona przeciwnie, obchodziła ją bokiem, żeby nie zamoczyć pantofelków.
Poza dziadkiem Sworowiczem mężczyźni w naszym życiu byli nieobecni. Podobno ciotka Zocha miała jakiegoś męża, ale zniknął dosyć szybko, więc go nie zapamiętałyśmy. Niczego też nie było wiadomo o naszym ojcu. Kiedyś Lilka, ta odważniejsza, spytała mamę, dlaczego inne dzieci mają tatę, a my nie. I mama na to odpowiedziała, że jesteśmy jeszcze za małe, aby to zrozumieć, i powie nam, kiedy skończymy szesnaście lat. Nam się to czekanie wydawało za długie, więc same próbowałyśmy wpaść na jego trop. Ale i dziadzio, i ciotka nabrali wody w usta, a myszkowanie w biurku mamy w poszukiwaniu listów i przeglądanie albumów ze zdjęciami nic nie dało. Znalazłyśmy jakieś fotki kolegów mamy ze szkoły, a potem ze studiów, ale do żadnego z nich nie byłyśmy podobne.
– Może to jakiś cudzoziemiec – zachodziła w głowę Lilka – i dlatego tak zniknął.
– Może Chińczyk albo Japończyk, bo mamy skośne oczy. Sama mówiłaś, że nadawałybyśmy się do roli Madame Butterfly bez charakteryzacji – pociągnęłam tę myśl.
Lilka postukała się w czoło.
– Mało mówisz, Gabrycha, ale jak już się odezwiesz, to nie wiadomo, czy śmiać się, czy płakać.
No więc ten nieobecny w naszym życiu ojciec był jednak obecny w postaci wielkiej niewiadomej. Nie pozostawało nam nic innego, jak czekać na spełnienie obietnicy mamy w dniu naszych szesnastych urodzin. I stało się. Były dwa torty urodzinowe ze świeczkami i zdmuchiwanie tych świeczek. Zjawiła się ciocia Zocha z prezentami, Lilka dostała nową rakietę do tenisa, a ja album o rasach psów. Kiedyś coś powiedziałam, że może zostanę weterynarzem, i ciotka to zapamiętała. Oczywiście musiała przy okazji swojej wizyty coś niemiłego powiedzieć. Zajrzała w kuchni do chlebownika, tak nazywam pojemnik na chleb, i stwierdziła, że u nas się wszystko marnuje, jakbyśmy się urodziły milionerkami, a potem wyjęła kilka zeschłych bułek i wrzuciła do swojej torby, dla gołębi, jak powiedziała. Lilka twierdzi, że ciotka chciała jej usunąć stały ząb, całkiem dobry, żeby zaoszczędzić na plombie. Nie wiem, jak z tym naprawdę było, ale Lilka się nie zgodziła na to wyrywanie i ciotka, chcąc nie chcąc, jej ten ząb wyleczyła, twierdząc oczywiście, że długo nie posiedzi. Od tamtego czasu minęło sporo lat, a moja siostra jakoś nie chodzi szczerbata.
A teraz najważniejsze. Wieczór, jesteśmy w kuchni: mama, Lilka i ja. Zmywamy po kolacji. Rozmawiamy o tym i owym i Lilka w końcu zagaja:
– Pamiętasz, co nam obiecałaś?
Mama spojrzała na nią.
– Co takiego?
– A to, że jak skończymy szesnaście lat, to nam wreszcie powiesz o ojcu.
Mama od razu posmutniała.
– Czy to ma teraz dla was znaczenie?
– Myśmy czekały! – odrzekła Lilka. – Prawda, Gabrycha?
Skinęłam twierdząco głową.
– Ja byłam taka młoda...
– Wiemy, wiemy, miałaś dziewiętnaście lat, jak nas urodziłaś – przerwała jej Lilka.
– Właśnie, i on nie był starszy.
– A dlaczego nas nie chciał? – to znowu Lilka.
– Bo o was nie wiedział.
I tu mama opowiedziała nam historię swojej pierwszej miłości do chłopaka o imieniu Jakub. Chodzili ze sobą od podstawówki, no i pod koniec liceum rozpoczęli współżycie, jak mama to nazwała. Oczywiście mieli być ze sobą zawsze i wypowiedzieć sakramentalne: „nie opuszczę cię aż do śmierci”. Ale zaraz po maturze on musiał opuścić Polskę.
– Musiał czy chciał? – upewniła się Lilka.
– Musiał, był rok sześćdziesiąty ósmy i pewni ludzie stali się niewygodni.
– Jacy ludzie?
Mama przez chwilę milczała.
– Żydzi.
Popatrzyłyśmy na siebie z Lilką i obie chyba miałyśmy w oczach ten sam strach.
– Żydzi? – spytała cicho moja siostra. – Ten Jakub był Żydem?
– Był Polakiem żydowskiego pochodzenia.
– A dlaczego ci ludzie musieli wyjechać?
– To była sprawa polityczna, ówczesne władze chciały zbić na tym swój kapitał.
– Że jakiś osiemnastolatek musiał opuścić Polskę? To był ten kapitał? Niepoważne. – Lilka wzruszyła ramionami.
– Było bardzo poważne i zaszkodziło naszej ojczyźnie.
I znowu wszystkie trzy milczałyśmy.
– A dlaczego ty nie pojechałaś z tym Jakubem, skoro się tak kochaliście? – spytała Lilka, zawsze była odważniejsza i mówiła za nas obie.
– Nie mogłam – odrzekła mama. – Odprowadziłam go na Dworzec Gdański, bo z tego dworca wyjeżdżały całe rodziny, którym oświadczono, że już nie są Polakami. Obiecał, że napisze. Ale nie napisał.
– Na pewno by napisał, jakbyś mu o nas powiedziała – odezwała się z wymówką w głosie Lilka.
– Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jestem w ciąży – usłyszałyśmy.
Kiedy już byłyśmy w łóżkach, stwierdziłam nie bez satysfakcji:
– A widzisz, miałam rację, może nie Chińczyk, ale Żyd.
– Przecież on był tym Żydem na niby, idiotko – odpowiedziała Lilka. – Nie słyszałaś, że naszego tatę wypędzono z Polski!
– Rzecz w tym, panie komisarzu, że ja się nie mogę streszczać. Sam pan powiedział, że jeżeli chodzi o ludzkie życie, każdy, nawet najdrobniejszy szczegół się liczy...
Ale bez przesady – pomyślał.
(nagranie)
Ta rozmowa o naszym ojcu toczyła się tak dawno, w innej rzeczywistości.
Obie z Lilką jesteśmy teraz prawie czterdziestolatkami, a ja dziesięć lat temu zostałam wdową. Nie lubię tak o sobie myśleć, ale w świetle prawa tak właśnie jest. W świetle prawa... Znienawidziłam to określenie, bo pojawił się w naszym życiu człowiek, który w świetle prawa odebrał nam nasz dom rodzinny i nic na to nie mogłyśmy poradzić.
Pamiętam letni słoneczny dzień, siedziałyśmy z mamą na werandzie, mama przylepiła listek babki na nosie i przymknęła oczy. Ukradkiem ją obserwowałam. Była taka ładna, miała delikatne rysy twarzy. Dlaczego nie zdecydowała się na stały związek z mężczyzną? Wiem, że miewała romanse, ale nigdy żadnego ze swoich partnerów nie zaprosiła do domu, nie przedstawiła córkom... Albo tak mi się tylko wydawało, może przed Jerzym Baranem nie było nikogo, może pojawiał się w jej życiu jako spóźniony przechodzień. W marcu następnego roku mama pojechała do Niemiec zbierać materiały do książki...
To był marzec dwutysięcznego roku, panie komisarzu.
– A przepraszam, na jakich latach się zatrzymaliśmy? – spytał.
– Osiemdziesiątych...

