Czy ci, którzy jeszcze niedawno byli śmiertelnymi wrogami, mogą połączyć swe siły i walczyć ramię w ramię przeciwko wspólnemu nieprzyjacielowi?
Wiosna miała oznaczać koniec niewolniczej doli Evalyn i Willa. Ale gdy tylko przyjaciołom udało się dać nogę z zimowych siedzib Skandian, tajemniczy jeździec porywa dziewczynę. Will, choć zahartowany i sprytny nie jest w stanie stawić czoła sześciu napastnikom... Na szczęście Halt i Horace przybywają w samą porę! Rychło okazuje się, że ci, których wzięto za przypadkowych rzezimieszków są tak naprawdę szpiegami wielkiej armii. Władca Temujai przygotowuje gigantyczną inwazję, która zagrozi nie tylko Skandii, ale również innym niezależnym królestwom. Czworo Aralueńczyków musi przekonać dumnych mieszkańców Północy o tym, że wszystkim grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Will, Evanlyn, Halt i Horace są gotowi stanąć do walki u boku Skandian i wesprzeć ich swoimi umiejętnościami i mądrością - o ile oczywiście Oberjarl wyrazi zgodę na to, by w szeregach jego wojowników znaleźli się obcy...
Odgłos miarowego stukania wybił Willa z błogiego snu.
Nie bardzo wiedział, kiedy właściwie zdał sobie z niego sprawę. Rytm przenikał do śpiącego umysłu chłopca, narastał i gęstniał w podświadomości, aż wreszcie przebił się do świata jawy. W końcu Will całkiem się rozbudził.
Stuk - stuk - stuk - stuk...
Cóż to za stukot? Dźwięk stracił już co prawda na sile, gdyż wtopił się w inne odgłosy, rozlegające się w ciasnym wnętrzu chatki, ale mimo to Will wciąż go słyszał.
Zza zasłony, uczynionej z rozprutego worka, dobiegał równy oddech Evanlyn. Stukanie najwyraźniej nie budziło dziewczyny. Na palenisku, cicho trzaskając, żarzyły się drwa, ten trzask nakładał się na wciąż dobiegający z zewnątrz dźwięk. Stuk - stuk - stuk...
Stukanie rozlegało się gdzieś w pobliżu. Will przeciągnął się i ziewnął, po czym siadł na twardej pryczy, którą sporządził z drewna i płótna. Uporczywy odgłos na moment ścichł, ale po chwili chłopak znów go usłyszał. Dochodził zza okna, bez wątpienia. Nasączone oliwą płótno zastępujące szybę przepuszczało światło - szary blask przedświtu - jednak niczego więcej nie sposób było dostrzec. Will uniósł się i przyklęknął na pryczy, po czym odgiął haczyk, zdjął ramę i wysunął głowę na zewnątrz, by sprawdzić, co dzieje się na maleńkim ganku.
Do izby wtargnął powiew mrozu. Will usłyszał, jak Evanlyn poruszyła się niespokojnie, gdy zasłaniająca ją opończa pod wpływem powietrza wybrzuszyła się do wewnątrz. Węgle rozżarzyły się mocniej, po chwili zabłysnął mały, żółtawy płomyk.
Gdzieś pośród drzew samotny ptak witał pierwszy blask wstającego dnia, a jego śpiew znów zagłuszył stukot.
Wreszcie Will zorientował się, skąd dochodził jednostajny, drażniący dźwięk. Okap nad gankiem. Stamtąd dobiegał odgłos kapania. Woda ściekała po koniuszku długiego, zwisającego pod okapem sopla. Krople uderzały o odwrócone do góry dnem i pozostawione pod soplem wiadro.
Stuk - stuk - stuk... Stuk - stuk - stuk.
Will zmarszczył czoło. Wiedział, że zjawisko to ma jakieś szczególne znaczenie, ale jego wciąż jeszcze ospały umysł nie był w stanie niczego rozszyfrować. Wstał, przeciągnął się po raz kolejny. Wzdrygnął się, bo odrzucił ciepły koc, chłód zaś wyraźnie dawał się we znaki. Podszedł do drzwi.
Starając się nie obudzić Evanlyn, uniósł delikatnie drewniany skobelek. Drzwi otwierał powoli, bacząc, by nie szurały o podłogę - musiał w tym celu podtrzymać je ramieniem, bowiem skórzane zawiasy były mocno rozciągnięte.
Zamknąwszy drzwi za sobą, wyszedł na nagie deski ganku, wyczuwając bosymi stopami ich dojmujący chłód. Podszedł do miejsca, gdzie kapiąca woda bębniła nieustannie o dno wiadra; krople spadały też z innych sopli. To dziwne, bo przedtem kapania nie zaobserwował. Tak, z całą pewnością dotąd woda z lodowatych sopli nie kapała.
Spojrzał dalej, ku drzewom. Przez gałęzie prześwitywały pierwsze promienie porannego słońca.
Daleko w lesie rozległ się głuchy łomot; to śnieżna czapa osunęła się z podtrzymującej ją od miesięcy sosnowej gałęzi i opadła ciężko na ziemię.
Wtedy zdał sobie sprawę, dlaczego od samego początku kapiące krople wydały mu się tak ważne.
Drzwi za nim zaskrzypiały. Obejrzał się i ujrzał Evanlyn, solidnie rozczochraną i od stóp do głów owiniętą szczelnie kocem, który miał ją chronić przed zimnem.
- Co się tak zerwałeś? - spytała. - Coś cię zaniepokoiło?
Milczał przez krótką chwilę, wpatrując się z namysłem w powiększającą się wciąż kałużę wokół wiadra.
- Nadeszły roztopy - stwierdził.
(...)
Po skromnym śniadaniu oboje zasiedli na ganku w promieniach porannego słońca. Nie mieli ochoty rozwodzić się nad tym, co oznaczało nadejście wiosny. Doskonale wiedzieli, że niebawem zmuszeni będą opuścić dotychczasowe schronienie.
Spod śnieżnej pokrywy wokół chaty wyłaniała się już tu i ówdzie mokra, zbrązowiała trawa, a tąpnięcia spadającego z gałęzi śniegu rozlegały się coraz częściej.
Oczywiście wszędzie zalegała jeszcze gruba warstwa puchu, zwłaszcza między drzewami, lecz bez wątpienia nadeszła odwilż, a wraz z nią wiosna.
- Chyba wkrótce przyjdzie nam ruszać - odezwał się wreszcie Will, ujmując w słowa myśl, która zaprzątała umysły obojga.
- Nie masz jeszcze dość sił - zaprotestowała Evanlyn. Minęły ledwie trzy tygodnie, odkąd chłopak otrząsnął się z otępiającego działania ziela, za którego pomocą nadzorcy na dworze Ragnaka usiłowali podporządkować sobie krnąbrnych niewolników. Zagłodzony, przemarznięty do szpiku kości i wycieńczony morderczą harówką, Will stracił wiele sił, nim zdołali uciec. Od tamtej chwili odżywiał się co prawda znośniej, przynajmniej na tyle, by utrzymać się przy życiu - lecz nie dość solidnie, by odzyskać dawne siły i odporność. Żywili się bowiem głównie kaszą, plackami z mąki, suszoną wołowiną oraz suszonymi warzywami; jedynym urozmaiceniem tej diety była drobna zwierzyna, bo Evanlyn od czasu do czasu udawało się coś upolować lub schwytać w sidła.
Zwierząt jednak zimą spotykała niewiele, w dodatku upolowane przez nią ptactwo czy króliki okazywały się mocno wychudzone z braku paszy.
- Trudno - Will machnął ręką. - Jakoś sobie poradzę. Muszę.
W tym właśnie rzecz - musiał. Oboje zdawali sobie sprawę, że gdy tylko stopnieje śnieg na wysokich przełęczach, w górach znów pojawią się myśliwi. Evanlyn nie tak dawno zauważyła w lesie jakiegoś tajemniczego jeźdźca - tego samego dnia, gdy chłopiec powrócił do rzeczywistości. Szczęśliwie od tamtego czasu nikt więcej się nie pojawił. Stanowiło to jednak ostrzeżenie. Wkrótce przybędą inni, a gdy tak się stanie, Will i Evanlyn powinni być już daleko stąd, w drodze na wschód, ku przełęczom prowadzącym do Teutonii.
Evanlyn, wciąż nie do końca przekonana, milczała przez chwilę, choć przecież Will miał rację. Niedługo będą musieli wyruszyć, niezależnie od stanu Willa. Trzeba iść, nawet jeśli chłopak nie odzyskał pełni sił, nawet jeśli trudy drogi okażą się bardzo dokuczliwe.
- Tak czy inaczej - odezwała się po chwili - mamy w zapasie parę tygodni. Dopiero zaczęło się ocieplać i kto wie, czy nie czeka nas jeszcze kolejny atak zimy.
To przecież możliwe - pomyślała. Owszem, mało prawdopodobne, ale niewykluczone.
Will skinął głową.
- Niby tak... - rzekł.
Znów zapadła cisza. Nagle Evanlyn wstała i otrzepała spodnie.
- Pójdę sprawdzić sidła - oznajmiła. Ale gdy Will chciał się podnieść, by jej towarzyszyć, powstrzymała go. - Ty zostaniesz - stwierdziła. - Od tej chwili musisz się oszczędzać. Zbieraj siły na drogę!
Will, choć niechętnie, musiał się z nią zgodzić.
Sięgnęła po worek, który służył jej za torbę myśliwską, i zarzuciła go na ramię. Uśmiechnęła się do przyjaciela i zniknęła pomiędzy drzewami.
Przygnębiony, w poczuciu własnej bezużyteczności, Will niespiesznie zebrał
drewniane talerze, na których spożyli posiłek. Do tego tylko się nadaję - pomyślał. - Do zmywania garów!
W ciągu minionych trzech tygodni umieszczali wnyki coraz to dalej i dalej od chaty. Z początku drobna zwierzyna - króliki, wiewiórki, a czasem nawet śnieżny zając - wpadały w sidła dość często, ale wkrótce zaczęły się mieć na baczności. Musieli więc co kilka dni przenosić pułapki, lokując je w nowych miejscach i za każdym razem wciąż na nieco odleglejszych stanowiskach niż poprzednio.
Wedle oceny Evanlyn od najbliższych sideł dzieliło ją czterdzieści minut marszu wąską ścieżką pod górę. Gdyby mogła iść prosto, jak strzelił, trwałoby to oczywiście krócej, jednak ścieżka wiła się pośród drzew i zahaczała o nierówności terenu, co sprawiało, że dziewczyna musiała pokonywać niemal dwukrotnie dłuższy dystans.
Wokół dostrzegała coraz to nowe oznaki odwilży. Zdała sobie sprawę, że biały puch nie skrzypi już sucho pod jej stopami. Stał się cięższy, wilgotniejszy, zapadała się weń głęboko. Skórzane buty szybko przemiękły od topniejącego śniegu, a przecież, gdy szła tędy ostatnio, nie roztapiał się, był sypki i oprószał buty niczym suchy, biały piasek.
Dostrzegła w lesie także inne przejawy nowego życia: raz i drugi nad jej głową przeleciał jakiś ptak, a potem spłoszyła królika, który skrył się w pośpiechu pośród ośnieżonych jeżynowych krzewów.
Evanlyn przyszło na myśl, że może dzięki roztopom rośnie szansa, by w sidła złapała się jakaś godniejsza uwagi zdobycz.
Zauważyła dyskretny znak, który Will uczynił na korze jednej z sosen; zeszła ze ścieżki, kierując się do miejsca, gdzie razem zastawili pierwszą pułapkę.
Przypomniała sobie, jak wdzięczna była losowi, gdy Will otrząsnął się z narkotykowego amoku i okazało się, że dysponuje niemałymi umiejętnościami w dziedzinie sztuki przetrwania. Evanlyn wcześniej nawet nie przyszło na myśl, by polować, używając pułapek, tymczasem Will od razu zabrał się za sporządzanie wnyków, wykazując przy tym niemałą zręczność oraz pomysłowość. Na efekty nie trzeba było długo czekać - monotonna dieta porządnie wzbogaciła się o smakowite królicze mięso, które wspólnie gotowali w kociołku.
Will wyjaśnił przy okazji, że zakładanie wnyków należało do zestawu bardzo licznych umiejętności, w których kształcił go Halt. Evanlyn pamiętała, jak zamglił się jego wzrok na wspomnienie nauczyciela i jak głos chłopaka załamał się ledwie dostrzegalnie, gdy wypowiedział imię mistrza. Oboje poczuli wtedy - który to już raz? - że znaleźli się bardzo, bardzo daleko od rodzinnych stron.
Gdy pokonała wreszcie okryte śniegiem zarośla, zresztą solidnie przy okazji przemoczona, poczuła przypływ zadowolenia. Oto bowiem już w pierwszej z zastawionych pętli tkwił nie lada łup. Trafiła jej się kuropatwa, odmiana dzikiego drobiu trochę co prawda mniejszego od kury, lecz już kiedyś udało im się coś takiego złowić, wiedziała zatem, iż mięso ma wyjątkowo smaczne. Ptak, skuszony garstką ziaren, wetknął łepek w pętlę, a ta zacisnęła się bezlitośnie; podczas rozpaczliwej szamotaniny, której ślady widniały na śniegu, a która trwać mogła wiele godzin, kurak rzucał się i tarzał, aż w końcu drut go udusił. Evanlyn uśmiechnęła się z niejaką goryczą na myśl, że jeszcze niedawno nie wyobrażała sobie siebie samej w roli choćby świadka, a cóż dopiero sprawczyni myśliwskiego okrucieństwa. Teraz cieszyła ją tylko perspektywa smacznego posiłku.
Zdumiewające, do jakiego stopnia głód może wpłynąć na zmianę punktu widzenia - pomyślała, rozluźniając pętlę na szyi ptaka, po czym wsadziła zwłoki nieszczęsnego stworzenia do worka. Zastawiła wnyki na nowo, nasypała nieco świeżego ziarna, a potem wstała. Zmarszczyła brwi, bo ku swej irytacji stwierdziła, że gdy przyklęknęła w mokrym śniegu, na kolanach jej spodni utworzyły się dwie mokre plamy.
Raczej wyczuła, niż dosłyszała jakieś poruszenie za sobą.
Nie zdążyła się jednak odwrócić. Coś pochwyciło ją za gardło żelaznym uściskiem, a okrzyk przerażenia stłumiła futrzana rękawica, cuchnąca dymem, potem i brudem.

