Kvothe to człowiek legenda. Wielki mag, geniusz muzyki, bohater i złoczyńca - namówiony przez Kronikarza - wspomina swe barwne życie. Od dzieciństwa spędzonego w trupie wędrownych aktorów poprzez lata chłopięce spędzone w półświatku mrocznego miasta po szaloną, ale udaną próbę wstąpienia na Uniwersytet. Powoduje nim pragnienie władania magią i zemsty na demonach, które zabiły jego rodziców i cały jego świat obróciły w perzynę.
Niezwykle żywo i naturalnie snuta opowieść na homerycką skalę. Intrygująca i poruszająca odyseja Kvothe'a doskonale harmonizuje z nienachalnym klimatem fantasy. Ten debiut literacki zdobył kilka prestiżowych nagród, m.in. Quill Award oraz Onion AV Club. Prawa do wydania sprzedano już do ponad 20 krajów.
To niezwykle rzadka przyjemność trafić na autora piszącego z precyzją niezbędną do tworzenia nie tylko fantasy, w którego słowach brzmi prawdziwa muzyka.
- Ursula K. Le Guin
Książka ma wszystko, co lubia czytelnicy fantasy: magię, tajemnice, starożytne zło. Ale jest także zabawna i przerażająca, a na dodatek przekonująca. Wzorem najlepszych książek gatunku to nie elementy fantasy czynią ją niezwykłą, ale to, co autor ma do powiedzenia o codziennych sprawach, zwykłym życiu, ambicjach i upadkach, sztuce, miłości i stracie.
- Tad Williams
Dla wędrownej trupy aktorów zima to czas, gdy wszystko toczy się wolno, ale Abenthy potrafił z tego skorzystać i w końcu zaczął mnie poważnie uczyć sympatii. Wszakże, jak to często bywa w przypadku dzieci, oczekiwanie okazało się znacznie przyjemniejsze niż stojąca za nim rzeczywistość.
Nie można rzec, że sympatia w ścisłym słowa znaczeniu mnie rozczarowała. Ale szczerze mówiąc, jakoś tam rozczarowany byłem. Nie tego oczekiwałem po magii.
Była pożyteczna. Temu nie sposób zaprzeczyć. Ben z pomocą sympatii tworzył światła dla naszych przedstawień. Dzięki sympatii można było rozpalić ogień bez krzesiwa albo podnieść spory ciężar bez niewygodnych konstrukcji z lin i krążków.
Ale za pierwszym razem, kiedy go ujrzałem, Ben jakimś sposobem przywołał wiatr. To nie była zwykła sympatia. To była magia z legend. To była tajemnica, którą nade wszystko pragnąłem poznać.
Wiosenna odwilż była już dobrze za nami i trupa wędrowała właśnie przez lasy i pola zachodniej Wspólnoty. Ja jechałem, jak mi to już weszło w zwyczaj, na koźle wozu Bena. Lato właśnie postanowiło dać o sobie znać, wszystko więc zieleniło się i rosło.
Od jakiejś godziny panował zupełny spokój. Ben drzemał, trzymając luźno lejce w dłoniach, kiedy koło wozu znienacka najechało na kamień, wyrywając nas obu z właściwej każdemu marzycielskiej zadumy.
Ben wyprostował się na koźle i zwrócił się do mnie tonem, który już nauczyłem się nazywać Mam-Dla-Ciebie-Taką-Zagadkę.
– Jak zagotowałbyś wodę w garnku?
Rozejrzałem się wokół i zauważyłem wielki głaz obok drogi. Wskazałem na niego palcem.
– Ten kamień musi być rozgrzany od słońca. Zwiążę go z wodą w garnku i wykorzystam ciepło kamienia, żeby zagotować wodę.
– Wiązanie kamienia z wodą nie jest zbyt efektywne – skarcił mnie Ben. – Tylko jedna część ciepła na piętnaście nagrzeje wodę.
– Wystarczy.
– Zgoda. Ale pomysł jest mało oryginalny. Postaraj się bardziej, E’lir.
Zaczął pokrzykiwać na Alfę i Betę, co stanowiło u niego oznakę naprawdę dobrego nastroju. Oślice znosiły to spokojnie jak zawsze, mimo iż oskarżał je o rzeczy, których z całą pewnością żaden osioł nigdy z własnej woli nie robił, w szczególności zaś Beta, cechująca się nienagannie prawym charakterem.
Ben zapytał:
– Jak strąciłbyś z nieba tego ptaka? – I wskazał jastrzębia kołującego nad polami obok drogi.
– Zapewne nie miałbym ochoty. Ptak nic mi nie zrobił.
– Hipotetycznie.
– Mówię właśnie, że hipotetycznie bym tego nie zrobił.
Ben zachichotał.
– Trafiony, E’lir. A więc jak właściwie byś tego nie zrobił? Proszę o szczegóły.
– Kazałbym Terenowi go zestrzelić.
Pokiwał głową z namysłem.
– Dobrze, dobrze. Niemniej załóżmy, że sprawa jest między tobą a ptakiem. Jastrząb – machnął lekceważąco dłonią – powiedział coś niestosownego o twojej matce.
– Ach. Wówczas honor wymagałby, abym osobiście bronił jej dobrego imienia.
– Zaiste, tego by wymagał.
– Mam pióro?
– Nie.
– Święty Tehlu i... – Urwałem pod jego karcącym spojrzeniem. – Nigdy mi nic nie ułatwiasz, co?
– To denerwujący zwyczaj, którego nauczyłem się od pewnego studenta, zbyt bystrego, aby mu to wyszło na dobre. –
Uśmiechnął się. – A gdybyś miał pióro, co byś zrobił?
– Związałbym je z ptakiem i zanurzył w ługu.
Ben zmarszczył brwi, przynajmniej to, co mu z nich zostało.
– Jaki rodzaj wiązania?
– Chemiczne. Zapewne wtórne katalityczne.
Dłuższa chwila ciszy.
– Wtórne katalityczne... – Podrapał się po brodzie. – Aby rozpuścić tłuszcz, który spaja pióra?
Pokiwałem głową.
Zerknął w górę na ptaka.
– Nigdy o tym nie pomyślałem – powiedział z milczącym podziwem. Potraktowałem to jako komplement.
– Niemniej – odwrócił się ku mnie – nie masz pióra. Jak byś strącił ptaka?
Zacząłem się zastanawiać, trwało to kilka minut, jednak niczego nie wymyśliłem. Postanowiłem więc zaryzykować i zrobić z tego lekcję na zupełnie inny temat.
– Zwyczajnie – rzekłem ostrożnie – przywołałbym wiatr i zmusił, aby to on strącił ptaka z nieba.
Ben obrzucił mnie uważnym spojrzeniem i od razu zrozumiałem, że doskonale zdaje sobie sprawę, do czego zmierzam.
– A jak byś to zrobił, E’lir?
Wyczułem, że może jest gotów podzielić się ze mną tajemnicą, którą skrywał przez długie zimowe miesiące. Równocześnie coś przyszło mi do głowy.
Wziąłem głęboki oddech i wymówiłem słowa, które związały powietrze w moich płucach z powietrzem wokół mnie. Umysł skoncentrowałem bez reszty na Alar, przyłożyłem kciuk oraz palec wskazujący do ust i dmuchnąłem między nimi.
Poczułem lekki wiew wiatru, który zburzył mi włosy i na chwilę wydął brezent pokrywający wóz. Mógł to być tylko zbieg okoliczności, niemniej poczułem, jak triumfalny uśmiech wypełza mi na usta. Przez chwilę tylko głupawo szczerzyłem się do Bena, widząc jego skamieniałe z niedowierzania oblicze.
Wtedy poczułem, że coś ściska mnie w piersiach, jakbym znalazł się znienacka głęboko pod wodą.
Próbowałem nabrać tchu, ale nie mogłem. Zbity z tropu wciąż próbowałem. Czułem się tak, jak wówczas, gdy upadnie się płasko na plecy i całe powietrze zostaje wybite z płuc.
Zdenerwowany zrozumiałem co się stało. Zimny pot wystąpił mi na całym ciele, szaleńczo schwyciłem Bena za koszulę, wskazując na klatkę piersiową, szyję, otwarte usta.
Kiedy Ben spojrzał na mnie, jego twarz, dotąd pełna zdumienia, poszarzała jak popiół.
Wszystko wokół spowiła cisza. Nie poruszało się nawet źdźbło trawy. Nawet turkot kół wozu wydawał się stłumiony, jakby dobiegał z oddali.
Przerażenie zalało mnie bez reszty, tłumiąc wszelkie myśli. Wpiłem palce w gardło, rozrywając koszulę. Przez dzwonienie w uszach przebijał się łomot serca. Ból przeszywał, kłuł w piersiach desperacko próbujących zaczerpnąć tchu.
Ben zareagował z szybkością, jakiej jeszcze u niego nie widziałem. Schwycił mnie za poszarpaną koszulę i zrzucił z kozła wozu. Potem sam zeskoczył za mną na pobocze drogi i cisnął na ziemię z taką siłą, że gdybym miał bodaj resztkę powietrza w płucach, straciłbym ją z pewnością.
Szarpałem się na oślep, łzy ciekły mi po twarzy. Wiedziałem, że umieram. Piekły nabiegłe krwią oczy. Rwałem bezradnie ziemię palcami, które były odrętwiały i zimne jak lód.
Słyszałem, że ktoś krzyczy, ale wydawało mi się, że strasznie daleko. Ben ukląkł nade mną, niemniej niebo za jego plecami już ciemniało. Wydawał się omal roztargniony, jakby nasłuchiwał czegoś, czego ja usłyszeć nie mogłem.
Wtedy spojrzał na mnie, a ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałem z tej chwili, były jego oczy: nieobecne, pełne strasznej mocy, beznamiętne i zimne.
Spojrzał na mnie. Poruszył ustami. Wezwał wiatr.
Zadrżałem niczym liść muśnięty błyskawicą. A grom, który nadszedł po niej, był mrokiem.
Następną rzeczą, jaką pamiętam, był Ben pomagający mi wstać. Jak przez mgłę docierało do mnie, że inne wozy się zatrzymały i przyglądają nam się ciekawe oczy. Matka szła od strony swojego wozu, a Ben ruszył jej na spotkanie, uśmiechnął się i rzekł coś uspokajającego. Nie słyszałem słów, ponieważ zajęty byłem wyłącznie oddychaniem – wciąganiem i wypuszczaniem z płuc powietrza.
Pozostałe wozy ruszyły w drogę. W milczeniu powędrowałem za Benem do jego pojazdu. On zaczął udawać, że ma strasznie dużo przy nim do zrobienia, sprawdził wszystkie linki, które napinały brezent. Ja doszedłem jakoś do siebie i pomagałem jak mogłem, póki nie minął nas ostatni wóz trupy.
Kiedy wreszcie uniosłem wzrok, zobaczyłem w oczach Bena wściekłość.
– No? Co? Co sobie właściwie myślałeś?
Nigdy nie widziałem go w takim stanie: całe ciało skręcone w jeden węzeł gniewu. Aż się trząsł. Zamachnął się, żeby mnie uderzyć... opanował się. Po chwili dłoń opadła mu bezwładnie.
Bardziej metodycznie sprawdził ostatnie linki i wspiął się z powrotem na kozioł. Nie wiedząc, co innego mógłbym zrobić, poszedłem za jego przykładem.
Ben szarpnął lejce, Alfa i Beta ruszyły. Zajmowaliśmy teraz ostatnie miejsce w karawanie. Ben patrzył w przestrzeń przed sobą. Ja muskałem palcami przód podartej koszuli. Cisza panowała nieznośna.
Z perspektywy czasu wiem, że to, co zrobiłem, było niewyobrażalnie głupie. Kiedy związałem mój oddech z powietrzem wokół mnie, uniemożliwiłem sobie oddychanie. Moje płuca po prostu nie były dość silne, żeby poruszyć tymi całymi masami powietrza, jakie było wokół. Potrzebowałbym chyba klatki piersiowej jak żelaznego miecha. Tyleż samo szczęścia miałbym, próbując wypić rzekę lub podnieść górę.
Wtedy chyba jakieś dwie godziny jechaliśmy w ponurym milczeniu. Słońce już wisiało na szczytach drzew, gdy Ben wreszcie nabrał powietrza w płuca i westchnął głęboko. Podał mi lejce.
Kiedy popatrzyłem na niego, po raz pierwszy zobaczyłem, jak jest stary. Wiedziałem, że zbliża się do sześćdziesiątki, ale nigdy nie widziałem go w takim stanie.
– Okłamałem twoją matkę, Kvothe. Widziała ostatnie chwile tego, co się działo, i martwiła się o ciebie. – Oczu wciąż nie odrywał od tyłu wozu przed nami, mówiąc dalej: – Powiedziałem jej, że pracujemy nad numerem do przedstawienia. To dobra kobieta. Nie zasłużyła na to, żeby ją okłamywać.
Potem znów jechaliśmy w niekończącej się udręce milczenia, ale wciąż zostało jeszcze parę godzin do zachodu, gdy usłyszałem krzyki:
– Szary kamień! – niosące się wzdłuż karawany.
Podskakiwanie wozu zjeżdżającego z drogi na łąkę wyrwało Bena z ponurego zamyślenia. Rozejrzał się dookoła i po chwili zorientował, że słońce wciąż stoi na niebie.
– Dlaczego się już zatrzymujemy? Drzewo zwaliło się na drogę?
– Szary Kamień. – Wskazałem na kamienną płytę wystającą ponad dachy wozów przed nami.
– Co?
– Od czasu do czasu natrafiamy na któryś z nich przy drodze. – Znowu wskazałem na szary kamień sterczący znad czubków drzewek obok drogi. Jak większość szarych kamieni, był z grubsza ociosanym prostokątem wysokim na jakieś dwanaście stóp. Gromadzące się wokół niego wozy sprawiały wrażenie drobnych przy solidnym masywie. – Słyszałem, że nazywa się je stojącymi kamieniami, ale widziałem wiele, które wcale nie stały, tylko leżały na boku. Kiedy natrafimy na któryś, zawsze robimy sobie postój na resztę dnia, chyba że strasznie nam się spieszy. – Urwałem, zdając sobie sprawę, że plotę trzy po trzy.
– Znam je pod innym mianem. Ostańce – rzekł cicho Ben. Wciąż wyglądał na starego i zmęczonego. Po chwili zapytał: – Dlaczego się zatrzymujecie?
– Zawsze tak robimy. To dogodna okazja do przerwy w podróży. – Zastanawiałem się przez moment. – Myślę, że chyba przynoszą szczęście. – Żałowałem, że nie mam nic więcej do powiedzenia dla podtrzymania rozmowy, skoro już się zainteresował, ale jakoś nic wymyślić nie potrafiłem.
– Może tak. – Ben zaprowadził Alfę i Betę na miejsce po przeciwnej stronie kamienia, z dala od pozostałych wozów. – Przyjdź na kolację albo zaraz po. Musimy porozmawiać. – Nie patrząc na mnie, odwrócił się i zaczął wyprzęgać Alfę.
Nigdy dotąd nie widziałem Bena w takim nastroju. Przerażony tym, że zniszczyłem wszystko co było między nami, pobiegłem do wozu rodziców.
Matka siedziała przed właśnie rozpalonym ogniem, powoli dorzucając kolejne gałęzie. Ojciec usiadł obok i rozcierał jej szyję i ramiona. Słysząc, jak biegnę, oboje odwrócili się w moją stronę.
– Mogę dziś zjeść kolację z Benem?
Matka popatrzyła na ojca, potem z powrotem na mnie.
– Nie powinieneś mu się naprzykrzać, kochanie.
– Zaprosił mnie. Jeśli mi pozwolicie, pomogę mu rozbić się na noc.
Poruszyła ramionami, a ojciec zaczął dalej je rozcierać. Uśmiechnęła się do mnie.
– Proszę bardzo, ale pozwól mu iść spać przed świtem. – Znowu się uśmiechnęła. – Pocałuj mnie. – Wyciągnęła do mnie ramiona, a ja uścisnąłem ją i pocałowałem.
Ojciec też mnie pocałował.
– Zostaw mi koszulę. Będę miał co robić, gdy matka gotuje kolację. – Zdjął ze mnie koszulę i przesunął palcami po brzegach rozdarcia. – Ta koszula jest cała w dziurach. Przecież to niedopuszczalne.
Zacząłem mamrotać jakieś wyjaśnienia, ale on zbył je gestem.
– Wiem, wiem, wszystko ma swoje uzasadnienie. Ale bądź bardziej ostrożny, bo w przeciwnym razie sam będziesz szył sobie koszulę. Na wozie znajdziesz świeżą. Przy okazji przynieś mi igłę z nitką, jeśli mogę cię o to prosić.
Skoczyłem na tył wozu i znalazłem sobie świeżą koszulę. Kiedy grzebałem wśród rzeczy w poszukiwaniu igły i nitki, usłyszałem śpiew matki:
Wieczorami, gdy słońce zachodziło,
Wychodziłam cię wypatrywać na drogę.
Dzień twego powrotu już dawno minął,
Lecz kochać cię przestać nie mogę.
Ojciec zaśpiewał responsorium:
W ten wieczór, kiedy jak co dnia światło kona,
Droga wreszcie wiedzie z powrotem, ku bliskim.
Wiatr szepce w wierzb koronach,
Proszę nie gaś ognia w palenisku.
Kiedy wyszedłem z wozu, trzymał ją w dramatycznym przechyle i całował. Położyłem igłę z nitką obok koszuli i czekałem. Pocałunek wydawał się nadzwyczaj kunsztowny. Przyglądałem im się bacznie, niejasno świadom, że w pewnym momencie mego życia też mogę zechcieć pocałować damę. A jeśli już, chciałem się z tego wywiązać porządnie.
Po chwili ojciec spostrzegł mnie i wypuścił matkę z objęć.
– To będzie pół grosza za przedstawienie, panie Podglądaczu – zaśmiał się. – Na co jeszcze czekasz, chłopcze? Postawię tę samą półgroszówkę, że chcesz zadać jakieś pytanie.
– Dlaczego przystajemy przy szarych kamieniach?
– Tradycja, mój chłopcze – oznajmił z dumą, rozrzucając ramiona. – I przesąd. Tak czy siak, jedno sprowadza się do drugiego. Zatrzymujemy się na szczęście i ponieważ każdy lubi nieoczekiwane święto. – Urwał. – Pamiętałem kiedyś wiersz na ich temat. Jak to szło...?
Jak kamień atrakcji w naszych snach,
Kamień stojący przy starej drodze
Do królestwa Elfów wiedzie.
Porzucony głaz na wzgórzu czy w dolinie,
Szary kamień prowadzi coś tam, coś tam „inie”.
Ojciec stał, patrząc w przestrzeń i szczypiąc dolną wargę. Na koniec pokręcił głową.
– Nie potrafię sobie przypomnieć zakończenia ostatniego wersu. Panie, ależ ja nie lubię poezji. Jak ktokolwiek potrafi zapamiętać słowa, do których nie ma muzyki? – Aż zmarszczył czoło, bezgłośnie szepcząc rozmaite słowa.
– Co to jest kamień atrakcji? – zapytałem.
– To stara nazwa dla magnesu – wyjaśniła matka. – Chodzi o fragmenty żelaza z gwiazdy, które przyciągają inne żelazo. Wiele lat temu widziałam jeden z nich w gabinecie osobliwości. – Zerknęła na ojca, który wciąż mamrotał pod nosem. – Widzieliśmy magnes w Peleresin, nieprawdaż?
– Hm? Co? – Pytanie wyrwało go z zamyślenia. – Tak. W Peleresin. – Znowu uszczypnął się w dolną wargę, zmarszczył czoło. – Zapamiętaj to sobie, chłopcze, nawet gdybyś miał zapomnieć wszystko inne. Poeta jest pieśniarzem, który nie potrafi śpiewać. Jego słowa najpierw muszą trafić do ludzkiego umysłu, zanim dotrą do duszy, a ludzki umysł bywa żałośnie małym celem. Muzyka zaś bezpośrednio dotyka serca, niezależnie jak mały czy głupiutki umysł ma słuchacz.
Moja matka parsknęła, cicho, ale w sposób zupełnie nieprzystający damie.
– Elitarysta. Po prostu się starzejesz. – Westchnęła teatralnie. – Zaprawdę, rzecz ma się jeszcze gorzej, w następnej kolejności wysiada pamięć mężczyzny.
Ojciec nadął się, przybierając urażoną pozę, ale matka zignorowała go i rzekła do mnie:
– Poza tym jedyną tradycją, która każe wędrownym trupom zatrzymywać się przy szarym kamieniu, jest lenistwo. Wiersz powinien brzmieć mniej więcej tak...
Jakąkolwiek porą roku
Wędruję po drogach,
Szukam tylko powodu.
Magnes czy ostaniec,
Żeby chwilę odpocząć.
Ojcu zaświeciły w oczach mroczne iskierki, stanął za jej plecami.
– Starzeję się? – zapytał. Mówił niskim głosem i zabrał się znowu do rozcierania jej ramion. – Kobieto, dowiodę ci, że się mylisz.
Uśmiechnęła się z przekąsem.
– Panie, pozwolę ci to udowodnić.
Postanowiłem zostawić ich z ich rozmową i ruszyłem chyłkiem w stronę wozu Bena, kiedy dobiegł mnie głos ojca:
– Poćwiczymy jutro skale po obiedzie? I drugi akt Timbertina?
– Dobrze. – Pobiegłem.
Kiedy znalazłem się znów przy wozie Bena, zobaczyłem, że wyprzągł już Alfę i Betę, a teraz czesał je zgrzebłem. Zabrałem się do rozpalania ognia – wokół kupki suchych liści ustawiłem koncentrycznie stosiki coraz grubszych gałązek. Skończyłem i poszedłem usiąść obok Bena.
Jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu. Omal gołym okiem było widać, jak szuka odpowiednich słów.
– Ile wiesz o nowej pieśni ojca?
– Tej o Lanrze? – zapytałem. – Niewiele. Sam wiesz, jaki on jest. Nikt niczego nie wie, póki pieśń nie jest skończona. Nawet ja.
– Nie mówię o samej pieśni – wyjaśnił Ben. – Ale o historii, która stanowi jej tło. Historii Lanre’a.
Przypomniałem sobie dziesiątki opowieści, jakie mój ojciec rzekomo zebrał w ciągu ostatniego roku, i zastanowiłem się, co może je ze sobą łączyć.
– Lanre był księciem – powiedziałem. – Albo królem. Kimś ważnym. Chciał mieć więcej władzy niż ktokolwiek na świecie. Sprzedał swą duszę w zamian za potęgę, ale potem coś źle poszło i chyba na koniec oszalał albo nie mógł zasnąć, albo... – Urwałem, gdy zobaczyłem, że Ben kręci głową.
– Nie sprzedał swojej duszy – powiedział. – To są kompletne bzdury. – Westchnął ciężko, ramiona mu jakoś dziwnie obwisły. – Źle się do tego zabieram. Zapomnijmy o pieśni twojego ojca. Porozmawiamy o niej, jak ją skończy. Po prostu znajomość historii Lanre’a mogłaby ci pomóc spojrzeć na rzecz całą z odpowiedniego punktu widzenia.
Ben nabrał powietrza w płuca i zaczął znowu:
– Przypuśćmy, że masz bezmyślnego sześciolatka. Jaką krzywdę może wyrządzić innym?
Nie odpowiedziałem od razu, niepewny, jakiej odpowiedzi po mnie oczekuje. Prawdopodobnie najlepiej odpowiedzieć prosto z mostu.
– Niewielką.
– Przypuśćmy, że ma lat dwadzieścia i wciąż pozostaje bezmyślny. Jak będzie niebezpieczny?
Zdecydowałem konsekwentnie udzielać oczywistych odpowiedzi.
– Wciąż nie bardzo, ale bardziej niż w poprzednim wypadku.
– A jeśli dasz mu miecz do ręki?
I wtedy zrozumiałem i aż musiałem zamknąć oczy.
– Bardziej, znacznie bardziej. Rozumiem, Ben. Naprawdę. Moc jest w porządku, a głupota jest zazwyczaj niegroźna. Ale moc i głupota razem tworzą niebezpieczną mieszaninę.
– Nigdy nie powiedziałem „głupota” – sprostował Ben. – Jesteś bystry. Obaj to wiemy. Ale potrafisz się zachowywać bezmyślnie. Bystry, ale bezmyślny człowiek jest jedną z najgorszych rzeczy, jakie sobie można wyobrazić. Co gorsza, od jakiegoś już czasu uczę cię dość niebezpiecznych rzeczy.
Ben wbił wzrok w stos, który dla niego ułożyłem, potem wziął do ręki liść i wymruczał parę słów, a pośrodku stosu drewna i gałązek rozjarzył się niewielki płomyczek. Odwrócił wzrok od ogniska i spojrzał na mnie.
– Mógłbyś się zabić, wykonując sztuczkę równie prostą jak ta. – Uśmiechnął się blado. – Albo szukając imienia wiatru.
Wyraźnie chciał coś jeszcze powiedzieć, ale w końcu zrezygnował i tylko potarł twarz dłońmi. Westchnął ostatni raz i znów się zgarbił. Kiedy odjął ręce od twarzy, zobaczyłem na niej wyraz skrajnego zmęczenia.
– A więc ile masz lat?
– W przyszłym miesiącu dwanaście.
Pokręcił głową.
– Jak łatwo o tym zapomnieć. Nie zachowujesz się jak dzieci w twoim wieku. – Rozgrzebał ogień kawałkiem gałęzi. – Miałem osiemnaście lat, kiedy przyjęto mnie na Uniwersytet – dodał. – Miałem dwadzieścia, kiedy umiałem tyle co ty teraz. – Popatrzył w ogień. – Przepraszam cię, Kvothe. Ale dzisiejszej nocy chciałbym być sam. Muszę coś przemyśleć.
Bez słowa pokiwałem głową. Podszedłem do jego wozu, wyciągnąłem trójnóg, kociołek, naczynie z wodą i herbatę. Przyniosłem do wszystko do ognia, postawiłem obok Bena. Kiedy odchodziłem, wciąż patrzył w ogień.
Ponieważ wiedziałem, że moi rodzice przez czas jakiś jeszcze nie będą się mnie spodziewać, ruszyłem w las. Też miałem parę rzeczy do przemyślenia. Tyle przynajmniej byłem Benowi winien. Żałowałem, że nie mogę nic więcej dla niego zrobić.
Cały cykl dni zajęło, nim Ben wrócił do swego normalnego, jowialnego „ja”. Ale nawet po tym czasie nic między nami nie było już tak samo. Wciąż pozostawaliśmy w przyjaźni, niemniej coś też zaległo między nami, a ja zauważyłem, że Ben całkiem świadomie zachowuje rezerwę.
Lekcje właściwie się skończyły. Ben położył kres moim wstępnym studiom alchemicznym, ograniczając się do zwykłej chemii. Wprost odmówił uczenia mnie jakiejkolwiek sygaldrii, a na dodatek zaczął cenzurować wiedzę na temat sympatii, jaką w swoim mniemaniu mógł mi bezpiecznie przekazać.
Irytowały mnie te ograniczenia, jednak nie buntowałem się, wierząc, że jeśli udowodnię, iż jestem odpowiedzialny oraz skrupulatnie ostrożny, w końcu uspokoję go tym i rzeczy wrócą do normy. Byliśmy jak rodzina i wiedziałem, że wszelkie zatargi między nami znajdą w końcu wyjaśnienie. Potrzeba tylko trochę czasu.
Zupełnie nie zdawałem sobie sprawy, że czas spędzany razem szybko zbliża się do końca.

