Młody chiński intelektualista napisał traktat O pięknie. Teoretyczne rozważania przerodziły się w swobodną ekspresję piękna, ono zaś - w symbol wolności. I tak oto piękno stało się polityczne.
Esej powstał w 1957 roku, w okresie złagodzonej cenzury. Ta krótkotrwała odwilż była jednak pozorna. Szybko okazało się, że służyła tylko „wywabieniu węża z kryjówki”. Nieduży tekst wystarczył, by jego autora uznać za "prawicowy element” i skazać na zesłanie do prawdziwego piekła - obozu pracy na pustyni Gobi. Gao znalazł się tam razem z byłymi kontrrewolucjonistami, obecnymi kontrrewolucjonistami, kobieciarzami, złodziejaszkami, chuliganami i niepokornymi siejącymi zamęt. Wszystkich Partia reedukowała poprzez pracę. Nieodłącznym elementem reedukacji był głód, mordercza praca, odarcie z woli i godności: słynny aktor kradł koledze kawałek chleba, wielki muzyk bezwstydnie żebrał o jedzenie, a uczony, który miał na koncie dwa zagraniczne doktoraty, bił się z innymi, żeby wyskrobać kadź po zupie. Upokarzanie siebie i innych, donosicielstwo, zobojętnienie stały się codziennością, jedyną siłą napędową była myśl o podłym posiłku.
Wspomnienia Gao Ertai to opis działania machiny terroru i dyktatury - którym ulegają wszyscy bez względu na pochodzenie, wykształcenie i zawód, przed którymi uciec można tylko w bezwzględne posłuszeństwo i całkowitą podległość, których nie sposób pojąć ani wytłumaczyć. To także wstrząsające źródło do najnowszej historii Państwa Środka, o którym ciągle tak mało wiemy.
Gao Ertai szukał piękna. Jego młodzieńcze ideały zderzyły się z realiami. Jako dwudziestodwulatek został prawicowym 'ściętym kwiatem', poznał gorycz wygnania i nieurodzajne piaski północnych Chin. Trafił, jak sam pisze, do 'bramy piekieł'. Jak było za nią, mówi ta relacja. Chiny dziś są już inne, ale Gao – jak wielu wrażliwych Chińczyków – w epoce Deng Xiaopinga, gdy rewolucyjne hasła zastąpiła pogoń za pieniądzem, też się nie odnalazł. Za opór po wydarzeniach na placu Tiananmen musiał opuścić kraj. Dopiero na emigracji opublikował tę szczerą do bólu, literacką relację z lat na wygnaniu, ze zderzenia intelektualisty z brutalnym systemem politycznym i surową przyrodą. Dał świadectwo tego, o czym Chiny nigdy nie powinny zapomnieć, a co władze tak chętnie usuwają w cień.
- Prof. Bogdan Góralczyk, były ambasador w Azji, redaktor naczelny rocznika Azja-Pacyfik.
Rozdział 1.
Bez wyboru
Latem 1955 roku ponad stu absolwentów szkół wyższych „zgromadziło się, by dostać przydział” na północnym zachodzie, w celu „wsparcia granicy”. Umieszczono nas w malutkim akademiku przy niewielkiej uliczce w Lanzhou, gdzie – nie mając nic do roboty – oczekiwaliśmy ponad miesiąc na dalsze dyspozycje.
W prastarym mieście Lanzhou większość domów stanowiły przybytki w stylu muzułmańskim. Oglądane z góry Gaolan na przedmieściach, wszystkie – z wyjątkiem kilku nowo wzniesionych popielatoszarych budynków – straszyły brudną, zielonkawą żółcią. Wyglądały z oddali jak domy w małych wioskach na środkowym wschodzie lub jak osady Indian Santa Fe na południowym zachodzie USA.
Wokół miasta dniem i nocą rozlegał się ryczący głos potężnej Żółtej Rzeki; ten nieprzerwany, gromki dźwięk wypełniał wszystkie zakamarki. Młyńskie koła na nabrzeżach obracały się leniwie, nawadniając sady ciągnące się na ponad dziesięć mil . Ich kwiaty układały się wiosną w przebogate wzory; latem gęste listowie rzucało cień; jesienią liczne gałęzie uginały się pod ciężarem owoców, a zimą odkładała się na wszystkim srebrzysta biel śniegu nagromadzonego w ciągu kilku miesięcy. Gdy rzeka zamarzała, sunęły po niej tam i z powrotem wozy konne i auta. Wraz z nadejściem nowego roku topniejący lód wybrzuszał się i pękał z głośnym trzaskiem, co trwało do kwietnia, czasem do maja, gdy znikał: cicho, nie pozostawiając po sobie śladu.
Główną część populacji stanowili potomkowie Han, między którymi przewijały się liczne mniejszości z terenów przygranicznych. Ludzie ci zbierali się często na ulicach, by sprzedawać dziczyznę, owoce i melony, futra i okrycia, przyprawy i balsamy, szisz kebab z jagnięciny oraz rozmaite wyroby rękodzielnicze. Psy, kozy, kury i świnie zastępowały drogę, tarasując wyboiste, pozbawione chodników i pełne dziur uliczki. Stłoczeni przekupnie rozkładali swój atrakcyjny towar wprost na ziemi, między porzuconymi stertami materiałów budowlanych i śmieciami z budowy. Miejscowe produkty leżały przemieszane z pochodzącymi z innych prowincji wyrobami przemysłu lekkiego. Piesi, ludzie w samochodach i na wozach zaprzężonych w konie lub osły, rowerzyści oraz właściciele ręcznych wózków pokrzykiwali na siebie i taranowali się nawzajem, podczas gdy konni, jadący na wielbłądach oraz flisacy wciskali się zręcznie między nich, przepychali, zatrzymywali i ruszali dalej. Przybyli zewsząd w celu „wspierania granicy”, noszący wspaniałe różnorodne stroje i dodatki Hui, Tybetańczycy, Jugurowie, Dongxiang, Ujgurowie i Kazachowie, a także Han, kupowali i sprzedawali, gestykulując na różne sposoby i wywołując istną kakofonię języków i akcentów. W pogodne dni wszystko było spowite wirującym żółtym pyłem; w czasie deszczu – utytłane w błocie; zawsze jednak, pomimo gorączkowego zgiełku, na pierwszy plan wybijały się świeżość i żywotność.
Eksploatacja złóż roponośnych na północnym zachodzie przekształciła Lanzhou w nieustannie rozbudowywane, dynamicznie rozrastające się centrum przemysłowe. Gdy wróciłem tam w latach siedemdziesiątych, zastałem gęsty las kominów. Stare, podupadłe miasto, które emanowało niegdyś wiejską atmosferą i zniewalało urokiem historii, zostało zastąpione przez nowoczesną aglomerację o ponaddwumilionowej populacji. Z góry Gaolan widać było teraz spowijające miasto dym i kurz; siwa mgła, która przypominała płynące obłoki, zasłaniała nieraz dachy wysokich budynków. Żółta Rzeka przestała zamarzać i toczyła swe pełne ropy i brudu wody nawet w najzimniejsze dni. Zniknęły młyńskie koła, które nie nadążały za nowym tempem życia. W 1955 roku nie mogliśmy tego jednak przewidzieć. W tamtym czasie przyjmowaliśmy wszystkie nowości na wpół świadomie, a z powodu wszechobecnego brudu i niewygód nie chciało nam się nigdzie wychodzić. Całe dnie spędzaliśmy w akademiku, grając w pokera i szachy, leżąc i czytając, choć nie było tam dobrych książek. Każdy dzień wydawał się rokiem.
Pewnego razu poinformowano nas, że dyrektor Wydziału Edukacji Gansu – Liao Haisheng – chce nas „przyjąć”. Nie miałem pojęcia, co oznacza owo „przyjęcie”. Wkrótce potem wsiedliśmy do ciężarówki i podskakując na wybojach, udaliśmy się do sali wykładowej, w której siedziało kilkaset osób. Wszyscy ci ludzie byli przybyłymi z całego kraju absolwentami wyższych uczelni, którzy zgromadzili się w oczekiwaniu na otrzymanie miejsca w trybach systemu edukacyjnego. Na podium, przy długim stole siedziało kilkoro ludzi. Jednym z nich, jak nam powiedziano, był dyrektor Liao Haisheng: człowiek o twarzy bez wyrazu i o obwisłej skórze. Odchylił się do tyłu na krześle, zupełnie jakby był jednym z nas: mocno znudzonym osobnikiem, któremu każdy dzień dłuży się niczym rok.
Najpierw wstał mężczyzna siedzący obok dyrektora i przywitał wszystkich obecnych. Opisał warunki panujące w Gansu oraz świetlane perspektywy rozwoju. Potem powitał nas dyrektor: chwalił naszą wolną od samolubstwa reakcję na apel ze strony ojczyzny i miał nadzieję, że zapuścimy tu korzenie i z zapałem poświęcimy młodość temu wielkiemu przedsięwzięciu. Oczy mu płonęły, był teraz innym człowiekiem. Skończywszy, usiadł i ponownie odchylił się do tyłu. Powieki mu opadły, powrócił jego dawny wygląd. Podium zapełniło się przedstawicielami studentów, którzy dziękowali dyrektorowi za troskę i zachętę. Mówili, że nie zawiedziemy oczekiwań Partii. Jeden z nich robił wrażenie oryginalnym stylem wypowiedzi. Do dziś pamiętam jego intonację: „Reprezentuję tutaj [pauza] całą społeczność studencką [pauza] która chce oznajmić [pauza] starszej kadrze urzędniczej [pauza] że jednomyślnie gwarantujemy całkowite [pauza] bezwarunkowe [pauza] posłuszeństwo wobec dyrektyw…”.
Inny przedstawiciel, Wang Xizeng, mój kolega ze szkoły sztuk pięknych, powiedział, że jest członkiem Partii i przybył do jednego z najsurowszych regionów kraju w odpowiedzi na rozświetlający drogę apel. Jako malarz przywiózł ze sobą farby – w większości ochrę i piaskową żółć – lecz znalazłszy się tutaj, ciągnął dalej, zrozumiał, że nie może ich użyć: potrzebował zieleni. Oznajmił, że zieleń Gansu nie ustępuje wcale tej z południa – znad rzeki Jangcy. O nie, dowodził, tutejsza zieleń jest nawet lepsza. W życiu nie widział tak wielkich warzyw i owoców ani nie jadł tak przepysznych, nadziewanych jagnięciną, gotowanych na parze pierożków czy makaronu z wołowiną. Z tego wspaniałego miejsca nikt go nie odciągnie, nawet siłą. Tu mógłby się bez żalu zestarzeć i umrzeć. Wszyscy śmiali się i klaskali; ożywiła się nawet pozbawiona emocji twarz dyrektora: uniósł powieki i zerknął na mówcę.
Gdy przedstawiciele skończyli swe mowy, ogłoszono przydziały: każdy z nas miał nauczać w którejś ze szkół średnich w Lanzhou. Wraz z jedenastką absolwentów (wśród których znajdował się mój elokwentny szkolny druh) z Syczuanu, Guizhou, Guangdongu, Guangxi, Nanjingu i Szanghaju zostałem przydzielony do Szkoły Średniej numer dziesięć na północnym brzegu Żółtej Rzeki. Kiedy wróciliśmy do akademika, w holu czekały już na nas – nowych nauczycieli – delegacje każdej ze szkół.
Rozdział 2.
„Ślady dzikiej gęsi na błocie i śniegu”
Szkoła Średnia numer dziesięć znajdowała się dość daleko od miasta, na północnym brzegu Żółtej Rzeki, u stóp wzgórza zwanego Wydmową Świątynią Solnego Pola. Nazwa przyprawiała o zgrzyt zębów, a krajobraz raził brzydotą. Przypominający szare pudełko zapałek, świeżo wzniesiony, trzypiętrowy budynek szkolny stał samotnie ponad niezliczonymi zapadniętymi w ziemię, niskimi domkami; ciągnęły się w dół ku rzece, której brzegi okalała zieleń sadów: jedne obok drugich, podobne do rzędów rybich łusek. Poza obszarem nawadnianym przez młyńskie koła nie rosło tu ani jedno źdźbło trawy. Znad rzeki prowadziła ku naszej szkole brudna i kręta ścieżka, długa na jakieś dziesięć li. Im dalej w górę, tym mniej było domów, aż w końcu pozostawało tylko nagie, pokryte brudem wzgórze o barwie wysuszonej na słońcu cegły: żadnych drzew, żadnej trawy czy kamieni; w tle rozciągały się identycznie wyglądające górskie wzniesienia. Z najwyższego szczytu widać było tysiące gór, tworzących zielonkawożółty, ostro zarysowany ogrom, który – pomimo swej monotonii – emanował groźną, nieposkromioną surowością.
Mała, szara łata na żółtym zboczu u podnóża góry – to był dach naszej szkoły. Mieściła szesnaście klas, w których znajdowało się prawie tysiąc uczniów w różnym wieku: wszyscy rozpoczynali szkołę średnią. Miałem dziewiętnaście lat i byłem młodszy od wielu z nich. Uczyło tu wielu miejscowych nauczycieli, kilku „weteranów” przeniesiono z innych szkół średnich i podstawówek, jeszcze inni dopiero co pokończyli studia. Plany zajęć pękały w szwach. Dziesięciu z nas – nowo przybyłych – obarczono natychmiast bardzo odpowiedzialnymi zadaniami. Uczyłem sztuki we wszystkich grupach. Co tydzień miałem lekcje w szesnastu klasach i co tydzień powtarzałem te same wykłady i oceniałem jakieś tysiąc prac. Poza jedzeniem i spaniem zajmowałem się tylko tym. Stałem się maszyną.
Sale wykładowe i pracownie oraz nauczycielskie dormitorium mieściły się na trzecim piętrze. W każdym pokoju mieszkały po dwie osoby; przypadek sprawił, że moim współlokatorem został ten sam chłopak, który tak sugestywnie przemawiał w dniu przyjęcia. Xun Xuewen był rodowitym szanghajczykiem i absolwentem wydziału historii na Uniwersytecie Hua Dong. Był ode mnie starszy o pięć lat. Na jego orlim nosie spoczywały okulary w złotych oprawkach, ubranie miał doskonale dobrane, a jego głos budził szacunek. Co wieczór składał porządnie spodnie i umieszczał je pod poduszką, aby mieć pewność, że nazajutrz kanty będą idealnie proste. Pod łóżkiem trzymał rząd skórzanych butów wypastowanych na wysoki połysk.
Na dźwięk porannego dzwonka Xun wyskakiwał z łóżka, nastawiał na gramofonie płytę z muzyką do tańca. Nucąc melodię, szybko się ubierał, składał kołdrę, czesał włosy, czyścił obuwie i pastował je w takt muzyki, robił kilka tanecznych obrotów, wyłączał gramofon, chwytał miskę i pałeczki i zbierał się do wyjścia. Gdy dochodził do drzwi, krzyczał: „Pośpiesz się, jedzenie czeka!”, po czym rozlegał się mocny, zdecydowany odgłos jego kroków, gdy zbiegał szybko po betonowych schodach: tup, tup, tup.
Miał wiele książek, które mogłem od niego pożyczać. Trzy drewniane skrzynki wypełnione były tomami poświęconymi historii świata. Czytał je metodycznie, często podkreślając zdania czerwonym kolorem i dodając na marginesie wnikliwe uwagi. Rozmowa z nim była objawieniem. Mówił, że Hugo i Dickens nie rozumieli rewolucji francuskiej, jeśli zaś chodzi o Niemców, wszystkiemu winny był nie Hitler, lecz Bismarck. Posiadanie własnej opinii, słusznej lub nie, było rzadko spotykane. Tymczasem praca magisterska Xuna dotyczyła polityki samoumacniania . Twierdził, że zaledwie musnął ten intrygujący temat, i uważał, że gdyby miał więcej czasu, zbadałby go głębiej i napisałby książkę.
Zagadnąłem go kiedyś na temat przemówienia wygłoszonego w dniu przyjęcia; zapytałem, jakim prawem, bez uzyskania uprzedniej zgody, przyjął na siebie rolę reprezentanta wszystkich studentów. Odparł, że zorganizowała to komórka partyjna do spraw oczekujących i mimo iż nie był on członkiem Partii, złożył już w tej sprawie kilka podań i komórka chce go wyszkolić. Jego ojciec był chrześcijaninem, funkcjonariuszem starego systemu; fakty te – mimo że ojciec już nie żył – wciąż wpływały na zablokowanie podań Xuna, toteż musiał być wobec siebie bardzo wymagający. Od dawna był niewierzący, teraz zaś stał się ateistą i skrupulatnym materialistą. Przekonały go głównie, jak mówił, Wykłady o istocie religii Feuerbacha. Jakże mógłbym w to wątpić?!
Xun doniósł na mnie podczas „kampanii antyprawicowej” w 1957 roku. Straciłem dziennik i wiele rękopisów. Kiedy nazwano mnie prawicowcem i skazano na reedukację poprzez pracę, on sam również został okrzyknięty prawicowcem i zabił się wkrótce potem, skacząc z trzeciego piętra budynku szkolnego. Usłyszałem o tym dwadzieścia jeden lat później i nie mogłem w to uwierzyć.
W czasach szkolnych byłem pod dużym wrażeniem jego witalnej, otwartej, optymistycznej natury oraz umiejętności prowadzenia ciekawego życia w otoczeniu tak monotonnym i pełnym mechanicznych odruchów, a jednocześnie wzbudzającym niepokój.
Nie potrafiąc się wtopić w miejscową społeczność, nasza dziesiątka outsiderów stworzyła luźną grupę koleżeńską. W naszym kółku wszyscy prócz mnie byli członkami Komunistycznej Ligi Młodzieży, a jedna z nas – dwudziestopięcioletnia Xie Shurong – członkinią Partii. Wołaliśmy na nią: Wielka Siostra Xsie. Pochodziła z Syczuanu i ukończyła wydział biologii na tamtejszym uniwersytecie. Uczyła biologii, była także sekretarzem komórki Komunistycznej Ligi Młodych Nauczycieli. Traktowała ideologię z wielką powagą i gdy mówiła, ludzie byli poruszeni jej niekłamanym, płomiennym idealizmem oraz blaskiem czystości i świętości, który opromieniał jej spojrzenie. Ja również byłem poruszony, choć nie wierzyłem w ani jedno jej słowo.
Pewnego razu sekretarz głównej komórki partyjnej i dyrektor szkoły Lei Xuhua poprosił ją na rozmowę. Chciał przedstawić dziewczynę jakiemuś „towarzyszowi”. „Towarzysz” ów, jak wyjaśnił, był „starszym kadrowcem” i gdyby zgodziła się z nim zejść, mogłaby od razu zacząć wydawać jego pieniądze! Osłupiała i przez dłuższy czas niezdolna wydobyć z siebie głosu Xie Shurong wybełkotała: „Dyrektorze Lei… wy… to niestosowne – na waszym stanowisku…”. Już przy drzwiach odwróciła się i wypaliła: „To haniebne!”. Im dłużej o tym myślała, tym większe wzbierało w niej oburzenie. Blada i roztrzęsiona przyszła o tym porozmawiać do naszego dormitorium. Teraz przyszła kolej na nas: daliśmy jej lekcję ideologii. Wszyscy jej mówili, że oferta wcale nie jest zła. Została wybrana, ponieważ dyrektor Lei miał o niej wysokie mniemanie. Jeśli się nie zgodzi – w porządku, ale nie powinna się złościć. Była jednak wściekła i przez długi czas bezskutecznie starała się o przeniesienie. Po „kampanii antyprawicowej” nadeszła „walka z prawicowymi odchyleniami”. Nazwano ją „oportunistką o prawicowych odchyleniach” i wysłano na ciężkie roboty. Kiedy wróciłem do Lanzhou w późnych latach siedemdziesiątych, przyjaciel pokazał mi list przesłany przez nią z Tybetu. Xie Shurong pisała, że jej życie straciło sens. Była załamana, czuła, że nie ma po co żyć.
Mój kolega ze szkoły sztuk pięknych, Wang Xihui, został przydzielony do Północno-Zachodniej Szkoły Średniej w południowej części miasta. Nasze placówki dzieliła duża odległość i obydwaj byliśmy bardzo zajęci, trudno zatem było nam się spotkać. Gdy w końcu przyjechał mnie odwiedzić, oczy mu błyszczały i krzyczał: „Wiedziałeś, że między Lanzhou i Xinjiangiem otwarto połączenie kolejowe?!”. Okazało się, że Północno-Zachodnia Szkoła Średnia znajduje się w pobliżu linii kolejowej. Każdej nocy mój kolega leżał, nie mogąc zasnąć i słuchając czu, czu, czu (doskonale potrafił imitować ten dźwięk) ciągnącej na zachód lokomotywy. Był w stanie uniesienia, czuł, że nasza wielka ojczyzna kroczy ku zwycięstwu. Mówiąc, żywo gestykulował, przytupywał i szeroko się uśmiechał. Taki właśnie był – otwarty i szczery. W latach pięćdziesiątych wielu ludzi było takich jak on. Straciliśmy kontakt, kiedy zidentyfikowano mnie jako prawicowca. Słyszałem o nim później: w którymś momencie został dyrektorem do spraw wychowawczych w Północno-Zachodniej Szkole Średniej, w dobie rewolucji kulturalnej wzięto go jednak pod lupę i zapadł na schizofrenię. Nie wiem, co się z nim dalej działo.

