Książka o miłości i nienawiści, o wzlotach i upadkach!
Poznaj sekrety Kingi Rusin. Przejdź z nią przez trudne chwile i zmień swoje życie na lepsze.
O tej książce było głośno na długo przed premierą. Każda wiadomość na jej temat była od razu komentowana przez prasę i portale plotkarskie. Co takiego można tu przeczytać? Zapis wielu rozmów z psychoterapeutką Małgorzatą Ohme.
Czy Kinga Rusin potrzebowała psychoterapeuty? Tak. Zdała sobie z tego sprawę, gdy poznała Małgosię. Co z tego wynikło? Przyjaźń i ta książka, która powstawała na niezliczonych spotkaniach – w różnych miejscach, w różnych sytuacjach, o różnych porach. Rusin i Ohme próbują znaleźć odpowiedzi na tytułowe pytanie – co z tym życiem? Dlaczego się kochamy, a potem nienawidzimy? Dlaczego boimy się uwolnić od toksycznych partnerów, wyjść z niechcianych związków? Dlaczego tak trudno jest zacząć życie od nowa? Co z tym życiem?
Kinga Rusin i Małgorzata Ohme rozmawiały przez telefon, na mieście, w samochodzie, w nocy, w trudnych chwilach, w nerwach, w spokoju, a i zdarzało się, że przez zaciśnięte zęby. Autorki próbują wyjaśnić, dlaczego się kochamy, a potem tak łatwo nienawidzimy, dociekają, dlaczego boimy się wyjść z niechcianych związków, zastanawiają się, dlaczego tak trudno jest zacząć życie od nowa. Jedno jest pewne, "Co z tym życiem?" będzie książką zaskakującą i niezwykłą.
Z zamiarem napisania tej książki nosiłam się już co najmniej od dwóch lat. Chciałam w ten sposób odpowiedzieć na maile tysięcy osób, które opowiadały mi o swoich problemach, a ja tak strasznie się czułam z myślą, że nie jestem w stanie im wszystkim odpisać. Pomysł ten pomogła mi zrealizować Małgosia Ohme, psycholog, z którą prowadziłam długie rozmowy o miłości, przyjaźni, dzieciach, dokonywaniu trudnych wyborów, o życiu...
Ta książka nie powstała po to, by komuś dokopać, kogoś przestraszyć czy pouczyć. Chciałabym, aby każdy po jej lekturze, niezależnie od tego, w jakiej sytuacji się znajduje i jaki kryzys przeżywa, miał poczucie, że ma jeszcze szansę - powiedziała. - Nie jest to książka o moim nieudanym małżeństwie i ci, którzy się tego spodziewali będą rozczarowani.
Tytuł książki wymyśliliśmy w gronie redakcyjnym. Nie pochodzi on ode mnie, ani od Małgosi Ohme, ale zespół uznał, że jest najlepszy i właściwie oddaje to, o czym jest książka.
- Kinga Rusin
Kinga Rusin - dziennikarka, współwłaścicielka firmy kosmetycznej, ale przede wszystkim mama Poli i Igi, które są dla niej najważniejsze na świecie. Urodziła się w Warszawie. Tu poznała swoich najbliższych przyjaciół. Tu brała ślub i tu się rozwiodła. Tu mieszka i tu pracuje. Z niecierpliwością czeka na każdy kolejny dzień życia.
Małgorzata Ohme - psycholog i wykładowca w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, a także psychoterapeutka. Codziennie spotyka ludzi, którzy sprawiają, że lubi swoja pracę i nieustannie się uczy... Jest mamą Jurka i Klary, dzięki którym nigdy się nie nudzi.
Kinga Rusin: Zastanawiam się, skąd biorą się kobiety bluszcze, takie, które całe życie są owinięte wokół nóg, nadgarstków i portfeli swoich partnerów. Czy to też jest jakaś matryca, klisza wyniesiona z domu, czy też raczej wrodzony spryt dany akurat tym osobniczkom, jak u pasożytów, które szukają innego organizmu, dzięki któremu będą miały zapewniony byt. Przyznam ci się, że czasami z pewnym nawet podziwem patrzę na takie związki i zastanawiam się, czy tak bym potrafiła. Odpowiedź zawsze jest taka sama. Nie. Zostałam wychowana, a może po prostu urodziłam się, jako jednostka samodzielna. Mogę mieć gorzej i trudniej, byle jednak było po mojemu. Myślisz, że to dobrze?
Małgosia Ohme: Wiesz, to twoje stwierdzenie "byle po mojemu" budzi mój lekki niepokój, bo niesie coś więcej niż samodzielność. Raczej samotność. Nasuwa skojarzenie, że to taki wysoki mur, który trudno byłoby komuś przeskoczyć. Pomyśl o tym. Kobiety bluszcze, o których wspominasz, są na drugim krańcu skali symbioza–separacja. Zawieszają się na mężczyźnie, obrastają… Są w relacji zależne, bierne, symbiotyczne właśnie. W związku oczywiście bywa tak, że ktoś czasem choruje i potrzebuje opieki. Ktoś ma ochotę, żeby się nim opiekować. Pięknie, ale to musi funkcjonować na zasadzie wymiany, a nie tak, że troszczy się cały czas jeden, a ten drugi wcale lub rzadko. Kobieta ubezwłasnowolniona, która nic nie wie, nic nie umie, nie pracowała, nie decyduje, itd., jest bezradna, jest jak dziecko we mgle. To powoduje też, że żyje w stałym lęku i nie czuje się bezpiecznie sama ze sobą.
Kinga Rusin: A może takim kobietom jest łatwiej niż tym bardzo zaradnym, które z założenia wszystko biorą na swoje barki? Może kobieta, która gra bezradną, jest bardzo cwana. Wykorzystuje męską potrzebę dominacji i organizacji życia i zdejmuje z siebie ciężar odpowiedzialności. Może ona wcale nie jest taka bezradna, na jaką wygląda? Oczywiście abstrahujemy od tego, że jest pasożytem i nie jest uczciwa wobec swojego partnera. Tak można grać do końca życia.
Małgosia Ohme: Po pierwsze, niewykluczone, że jej "cwaność" jest nieświadoma. W swoim życiu wypracowała na przykład przekonanie, że opłaca się wchodzić w taką rolę, że ma z niej więcej korzyści niż strat. Więc jej działanie wcale nie musi być intencjolane, na zasadzie "poszukam sobie frajera i go wykorzystam". Bo jeśli funkcjonuje w takiej roli od lat, to ta rola wrasta jej w skórę, a jednocześnie taka kobieta nie poznaje innych możliwości zachowań i postaw. W związku z tym osadza się w tej roli, doskonali ją, i już nie potrafi inaczej działać.
Po drugie, zauważ, że nie każdy mężczyzna zgodzi się na taki układ. To też często są specyficzne osoby. Kiedy spojrzą wstecz na własne życie, to okaże się, że większość ich relacji była tak jednostronnie zależna. To jest rodzaj niepisanej umowy: "Ja się tobą będę opiekował, a ty bądź bezradna". Tacy mężczyźni czerpią wiele z faktu, iż są potrzebni, nazywają siebie opiekunami. To wpisuje się w koluzję oralną, o której rozmawiałyśmy. Daje im też władzę i kontrolę, której widać potrzebują.
(...)
Wiesz, to nigdy nie jest dobry scenariusz, nawet dla niej samej. Tkwienie w takiej roli przez lata upośledza człowieka, pozbawia zaradności, wpływu na własne życie i tego poczucia, o którym wciąż mówię, bo uważam za tak ważne: poczucia bezpieczeństwa ze sobą. Jeśli nie masz tego w sobie, jesteś w stałym zagrożeniu, właściwie można powiedzieć, że jesteś bezdomna. Bo dom trzeba nosić w sobie.